Czwartki z Futsal Leszno: Jakub Budych

W leszczyńskiej ekipie jest od stycznia i przez ten czas dał się już poznać z dobrej strony. Rywalizuje o miejsce w bramce z Michałem Długoszem. Czy ma rozdarte serce patrząc dziś w tabelę w kierunku zespołów walczących o utrzymanie? Dlaczego w Pniewach doszedł już do ściany i chciał zmienić otoczenie? O tym wszystkim w szczerym wywiadzie dla nas – Kuba Budych!

Kuba, jesteś zawodnikiem, który w ekstraklasie już trochę pograł. Czy ze swojej perspektywy, mógłbyś pokusić się o opinię na temat jakości waszego składu? Jednym słowem, czy Twoim zdaniem brakuje trochę tej jakości na ekstraklasę?

Patrząc na naszą grę w niektórych spotkaniach to od razu nasuwa się wniosek, że w wielu przypadkach czegoś zabrakło. W każdym meczu walczymy, staramy się, jednak wyniki często pokazywały, że trochę brakowało. Chociaż muszę przyznać, że pierwsze wrażenie jakie odniosłem przychodząc tutaj było bardzo pozytywne. Uważam, że potencjał tego składu jest na wysokie miejsca w ligowej tabeli.

A porównując wasz skład do składu Red Dragons Pniewy?

Tam zespół opiera się głównie na młodych zawodnikach, których trudno w skali jeden do jednego porównać do zawodników z Leszna, starszych, bardziej ogranych. Za to Adrian Skrzypek, Mateusz Kostecki czy Adam Wachoński z Pniew pewnie przebili by się do składu w Lesznie, ale nie byłoby to aż tak proste.

Przejdźmy w takim razie do Twojej osoby. Futsal był dla Ciebie pierwszą dyscypliną, czy zaczynałeś w piłce na trawie?

Za dzieciaka zacząłem treningi na trawie w Sokole Pniewy. Był to bodajże 2002 rok. Udało się przejść przez wszystkie sekcje juniorskie i dojść aż do zespołu seniorów. Ostatecznie na koniec przygody z Sokołem zostałem wraz z Adrianem Skrzypkiem zawieszony, tak podziękowano nam za te wszystkie lata.

W której lidze grał wtedy Sokół?

To była czwarta liga. Potem była krótka przerwa w graniu, ale szukaliśmy z Adrianem jakiegoś punktu zaczepienia dla siebie.

W jakim wieku debiutowałeś w seniorach?

Miesiąc po swoich szesnastych urodzinach.

Wcześnie jak na pozycję bramkarza.

Fakt, udało się wcześnie zadebiutować. Potem na trawie miałem jeszcze epizody w Pogoni Lwówek i Gromie Plewiska. Łączyłem już wtedy grę na boisku z grą na hali. W Pniewach powstawał wtedy Red Dragons i tam również udało się zahaczyć. A nie ukrywam, że organizacja była wtedy zdecydowanie lepsza w futsalu, bo wiadomo jak to wygląda w niższych ligach na trawie. Jest to gra typowo dla przyjemności. Organizacja w Red Dragons wyglądała za to mega profesjonalnie i w dużym stopniu to przeważyło na wyborze dyscypliny.

Czyli przygodę z futsalem zacząłeś od razu od ekstraklasy?

W momencie jak dołączyłem do nich to był sezon w którym robili awans. Tak jak wspominałem jednak, byłem wtedy zawieszony, więc nie mogłem grać. Potem była już ekstraklasa.

Na wskoczenie na stałe do bramki musiałeś jednak trochę poczekać.

Pierwszym bramkarzem zostałem dopiero po czterech latach. Na początku gdy przychodziłem do Red Dragons to zbiegło się to z przyjściem do klubu Maćka Foltyna. Wiadomo jaki to fachowiec, jeden z najlepszych bramkarzy w Polsce. Gdyby nie Maciek to pewnie nie zostałbym przy futsalu, bo różnica w grze pomiędzy halą, a trawą jest diametralna. Maciej mi bardzo pomógł, można powiedzieć wręcz, że nauczył podstaw. Przygotowywał mnie do gry od samego początku.

Mentalnie to chyba też jest kawał zawodnika?

Oczywiście, pokazuje to chociażby fakt, że od przyjścia do Pniew od razu był kapitanem zespołu. Poszedł do Jelcza i też jest tam kapitanem. Potrafi zmotywować, ale też jest taką duszą towarzystwa. Potrafi to wypośrodkować, kiedy trzeba pracować to goni do pracy, a kiedy można się pośmiać to i z tego chętnie korzysta.

W poprzednich dwóch sezonach, gdy już byłeś podstawowym bramkarzem w Pniewach to Twoja pozycja była niepodważalna, czy ktoś z tyłu naciskał?

Raczej wyglądało to tak, że to ja byłem numerem jeden. Był Rafał Roj, który starał się naciskać, ale w zdecydowanej większości spotkań było jasne, że to ja będę grał. Były momenty, w których łapałem gorszą formę i wtedy sam uważałem, że to Rafał powinien wyjść, bo wygląda lepiej ode mnie na treningach.

Bramkarz, który siedzi na ławce w futsalu musi być cały czas „pod prądem”, bo w każdej chwili może wejść chociażby na karnego. Czy dla Ciebie jest to komfortowa sytuacja?

Jasne, nie ma to dla mnie znaczenia. Miałem taką sytuacja w Zduńskiej Woli, Michał bronił cały mecz, a ja w końcówce wszedłem na karnego. Przez lata byłem zmiennikiem Macieja Foltyna i zawsze byłem gotowy na to, żeby wejść. Taka rola futsalowego bramkarza.

Przed tym sezonem Łukasz Błaszczyk przyszedł do Pniew, o grę było Ci trudniej. Stąd ta decyzja o wypożyczeniu?

Nie, z mojej perspektywy wyglądało to inaczej. Cieszyłem się wręcz, że Łukasz przychodzi, bo dla mnie to była realna rywalizacja o miejsce w składzie, a to zawsze pomaga. W poprzednim sezonie dużo mnie kosztowało to, że oprócz pracy i bronienia musiałem jeszcze prowadzić treningi bramkarskie. Przyjście Łukasza wiązało się z tym, że byłbym w tym aspekcie odciążony. Byłem też przekonany, że będąc w formie i w dobrej dyspozycji spokojnie mogę ten skład wywalczyć. Decyzja o odejściu była jednak bardziej związana z tym, że trochę różniło się moje i trenera spojrzenie na drużynę. To nie było tak, że bałem się rywalizacji.

Łukasz Błaszczyk to chyba kolejna mocna postać z którą przyszło Ci dzielić szatnię?

Więcej mogę powiedzieć o okresie w którym Łukasz był w Pniewach pierwszy raz. To właśnie był czas, gdy Maciej Foltyn uczył mnie futsalu. Łukasz wtedy również pomagał mu prowadzić treningi i od niego również dało się coś dla siebie wyciągnąć. Podczas przygotowań do tego sezonu ja miałem kontuzję, więc nie było mi dane długo z Łukaszem popracować.

Wiedziałeś już wcześniej, że będziesz szukał sobie innego klubu?

Z trenerem Frajtagiem nie dogadywaliśmy się już dłuższy czas. Miałem trochę swoich problemów, a do tego dochodziły problemy w klubie. Powiedziałem w tej sytuacji w klubie, że będę dla siebie szukał innego miejsca. To był wrzesień. Wiedziałem, że będę chciał dalej grać. Jedyną rozsądną opcją było w tej sytuacji Leszno, bo tylko przechodząc tutaj mogłem zostać u siebie na miejscu i nie rzucać pracy. Parę tygodni później już miałem kontakt z trenerem Trznadlem i wiedziałem, że przejdę do Leszna.

Ile zajmuje Ci dojazd?

Teraz, jak otworzyli „eskę” to na spokojnie tak godzinkę i dziesięć minut. Pracuję jako instruktor nauki jazdy, więc siedzenie w aucie już mnie nawet nie męczy.

Nie musimy już zadawać naszego sztandarowego pytania o zajęcie poza futsalem. Powiedz w takim razie gdzie uskuteczniasz te jazdy? Pniewy czy Poznań?

Szkołę mamy w Pniewach, ale jako, że egzaminy zdaje się w Poznaniu to jazdy przeprowadzamy po Poznaniu. To jest taka praca, która pozwala mi elastycznie dostosowywać godziny do innych zajęć.

Wracając do futsalu, czy były w trakcie Twojej ekstraklasowej kariery zainteresowanie z innych, ligowych zespołów?

W ciągu tych kilku lat kilka propozycji było. Przed każdym sezonem miałem opcję odejść z Pniew i tak naprawdę z czasem żałowałem tych decyzji. W Red Dragons trzymało mnie to, że mieliśmy ekipę znajomych z Pniew. Po czasie doszli też zawodnicy z Poznania z którymi również bardzo się trzymaliśmy. Mogę więc powiedzieć, że trzymała mnie tam przede wszystkim ta drużyna i gdyby nie oni odszedłbym wcześniej.

To teraz takie przewrotne pytanie: czy jesteś w ogóle zadowolony z tego ruchu z przejściem do Leszna?

Muszę przyznać, że atmosfera jest bardzo w porządku. Na początku trochę się tego bałem, pamiętając, jak to jest czasami w drużynach trawiastych, które często są podzielone. Tutaj tego w ogóle nie ma. Wszyscy o tym mówią w wywiadach i muszę przyznać, że zdecydowanie tak jest. Cała drużyna trzyma się razem. Ostatnio przez wyniki humor trochę siadł, ale to wszystko jest do zwalczenia. Jedynym problemem dla mnie jest jeszcze przestawienie się na grę tego zespołu. W Pniewach ta gra była bardzo usystematyzowana, każdy zawodnik wiedział gdzie i jak się poruszać. Tutaj bardziej bazuje się na umiejętnościach zawodników, każdy ma dużą swobodę. W Pniewach zawodnicy są wręcz zamykani w taktyce, szczególnie jeśli chodzi o atak. Potencjał tam jest dużo wyższy niż na to wskazują wyniki.

W Pniewach też mieliście trzy treningi tygodniowo, tak jak w Lesznie?

Nie, tam regularnie trenowaliśmy po cztery razy w tygodniu. Zdarzało się nawet pięć czy sześć w okresie przygotowawczym. Przed tym sezonem skorzystałem też z pomocy mojego przyjaciela, Przemka Adamusa, który indywidualnie przygotowywał mnie również do sezonu pod kątem fizycznym. Przemek jest trenerem przygotowania motorycznego. Uważam, że to też dużo dało i pomimo tego, że miałem kontuzję to wyglądałem bardzo dobrze. Ćwiczenia miałem tak dopasowane, że pomimo kontuzji mogłem się spokojnie przygotowywać do sezonu.

Czy przy tylu jednostkach treningowych jedna była poświęcana stricte taktyce?

W Pniewach wszystkie jednostki są poświęcane taktyce. Wszystkie aspekty, typu przygotowanie fizyczne, czy mentalne są tylko dodatkiem do tych ram taktycznych. To też nie jest najlepsze z perspektywy bramkarza, bo gierki całej drużyny trochę zabierały nam czasu z tego treningu typowo bramkarskiego. Ciekawym przykładem jest też dla mnie sytuacja, gdy poszedłem pograć na hali z kolegami, którzy chodzą na co dzień jako kibice na mecze Red Dragons. Ich gra wyglądała bardzo podobnie do tego jak gra właśnie drużyna z Pniew. Wygląda na to, że te schematy taktyczne, które od tylu lat funkcjonują w Pniewach przełożyły się nawet na sposób odbierania taktyki przez kibiców. Wieloletnie funkcjonowanie w takich ramach podziałało nawet na ich sposób gry. W grze obronie poruszali się identycznie jak Red Dragons.

Czy pokusiłbyś się o porównanie projektów w Pniewach i w Lesznie? Jesteś jedyną osobą, która mogłaby je porównać z tej perspektywy. Wiadomo, że oba są obecnie na innym etapie, ale kiedyś w Pniewach też byli beniaminkiem ekstraklasy, a Ty byłeś tego świadkiem.

Bardzo dużo jest aspektów, gdzie to wygląda podobnie. W Pniewach też był czas, gdy klub był oparty na dużej liczbie mniejszych sponsorów, podobnie to wygląda w Lesznie. Organizacyjnie są to projekty właściwie takie same. W Pniewach wyhamowało to jednak trochę, bo osoby, które odpowiadały za organizację mają teraz trochę mniej czasu na prowadzenie klubu. W Lesznie jest tych ludzi jednak zdecydowanie więcej i to jest dużym plusem, a wygląda na to, że plany też są zdecydowanie bardziej dalekoidące.

Oprócz gry interesujesz się również piłką?

Kiedyś oglądałem bardzo dużo meczów, weekend opierał się tylko na piłce nożnej. W tym momencie ta zajawka mi trochę minęła. Teraz oglądam mecze Manchesteru United, bo to im właśnie kibicuję. Staram się też oglądać spotkania Futsal Ekstraklasy i lig zagranicznych w futsalu. Poza tym oglądam również żużel.

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl