Czwartki z Futsal Leszno: Kamil Kruszyński

W zeszłym sezonie zdobył 19 bramek i asystował przy 16 trafieniach kolegów. Znany jest przede wszystkim ze świetnej gry jeden na jednego. Dlaczego nie jest zadowolony z przebiegu sezonu zarówno zespołowo, jak i indywidualnie? Jak to się stało, że nie skorzystał z oferty z Miedzi Legnica? I jak się realizuje zawodowo? Między innymi te tematy poruszyliśmy w wywiadzie z Kamilem Kruszyńskim.

Przygodę z piłką zacząłeś w Sulechowie.

Dokładnie, urodziłem się w Zielonej Górze, ale całe życie mieszkam w Sulechowie i tam też rozpoczęła się moja przygoda z piłką na trawie. Zacząłem grać w piłkę w klubie w wieku 8 lat, ale organizacyjnie nie wszystko wtedy w Lechu Sulechów było na swoim miejscu. Potem w późniejszych latach edukacji poszedłem do szkoły sportowej. Tam główny nacisk kładli na siatkówkę, ale ja zawsze lubiłem różne dyscypliny zespołowe. W tym okresie więcej treningów miałem siatkarskich niż piłkarskich, bo w piłce starałem sobie robić przerwy.

Halowa odmiana piłki też już wtedy się gdzieś u Ciebie przewijała?

W Sulechowie organizowana była liga halowa, oczywiście typowo amatorska. Przy organizacji uczestniczył jednak trener grup młodzieżowych Pogoni Świebodzin. To było w 2010 roku, gdy dostałem w wieku 17 lat zaproszenie na mecz kontrolny do Świebodzina. Pogoń grała wtedy w III lidze. Wypadłem widocznie dobrze, bo udało się dostać angaż. Wtedy już ta piłkarska droga zaczęła wyglądać trochę poważniej niż jej dotychczasowy przebieg. Treningi były systematyczne, przynajmniej trzy razy w tygodniu.

Czyli Twój debiut seniorski przypadł na okres w Pogoni Świebodzin?

Nie, seniorskie granie zacząłem już w Lechu Sulechów, to było pół roku w A-klasie. I właśnie po tym okresie przeniosłem się do Świebodzina.

Wcześnie debiutowałeś jak na III ligę.

Byłem młodzieżowcem, a wtedy również funkcjonował przepis o młodzieżowcach. Musiało nas grać wtedy trzech na tym poziomie, więc moja rywalizacja była bardziej z młodzieżowcami, niż z resztą składu.

Jaka to była pozycja na trawie?

Często gdzieś w środku pomocy, czasami podwieszonego napastnika, a najczęściej typowo rozgrywającego. Na początku próbowali mnie też na boku pomocy, ale to też ze względu, że byłem trochę lżejszy i szybszy niż teraz.

Zauważyliśmy taką prawidłowość, że większość z was na trawie grała gdzieś w środku pomocy.

Faktycznie, coś w tym musi być, że ta pozycja daje podstawy futsalowe.

Tak jak już rozmawialiśmy, szybko zadebiutowałeś na poziomie trzeciej ligi. Czy w związku z tym nie było zainteresowania z wyższych lig?

Było zainteresowanie. Po półtora roku w Świebodzinie dostałem zaproszenie na testy do Miedzi Legnica, które udało mi się odbyć. Nie jestem pewien czy to był okres jak grali o awans z drugiej do pierwszej ligi, czy to było już po awansie na drugi szczebel rozgrywkowy. Przysłali mi po tych testach kontrakt do podpisania, ale ostatecznie to ja się nie zdecydowałem. Z dzisiejszej perspektywy żałuję tylko, że podejmuje się takie decyzje w tak młodym wieku. Człowiek myśli, że jeszcze ma czas, a na moim przykładzie widać, że czasami taka szansa zdarza się tylko raz. Byłem wtedy w trzeciej, albo czwartej klasie technikum i chciałem tę szkołę dokończyć.

Potem w Twoim CV pojawił się klub Formacja Port 2000.

Tak, przeszedłem tam, bo wcześniej zaczęły do nas dochodzić informacje, że z klubem ze Świebodzina są problemy, głównie finansowe. Pojawiło się nawet zagrożenie, że nie wystartujemy w tej trzeciej lidze. Dostałem jednocześnie ofertę od trenera, który był wcześniej w Pogoni Świebodzin. To był moment po ich awansie do IV ligi. Mieli takie ambicje, żeby pójść za ciosem i zrobić od razu awans do III ligi. Skorzystałem z tej oferty na bazie tych informacji, które dopływały ze Świebodzina. Potem ostatecznie tam udało się jakoś te wszystkie sprawy poskładać i Pogoń jednak się nie rozpadła, choć trwało to tylko jeden sezon, po którym musiano w Świebodzinie podjąć decyzję o końcu działalności.

Dzisiaj Pogoń jest na piłkarskiej mapie Polski?

Tak, ale budowana była na fundamentach innego klubu. W niższych ligach grał Santos Świebodzin, który ostatecznie zmienił nazwę na Pogoń i to właśnie Ci ludzie podjęli się odbudowy.

Udało się wywalczyć od razu ten awans Formacji Port 2000 do trzeciej ligi?

Tak, awansowaliśmy razem ze Stilonem Gorzów. Kolejny sezon był takim przejściowym na wypróbowanie swoich sił na tym poziomie. W następnym jednak udało się wygrać ligę. Mieliśmy grać w barażach o awans do drugiej ligi, jednak prezes ostatecznie się z tego wycofał. Było to o tyle zaskakujące, że wcześniej mu bardzo na tym awansie zależało. Potem jednak poinformował nas o tym, że ma duże inwestycje pozasportowe i nie chce tego awansu. To był w zasadzie początek końca klubu. Wielu zawodników odeszło z Formacji, a ściągać nowych było trudno, bo w świat poszła informacja, że nie chcieliśmy awansować wyżej. Więc zawodnik z ambicjami miał powody, żeby rozglądać się za innymi klubami. W następnym roku problemy się nawarstwiały i przydarzył się spadek do ligi czwartej. Wtedy postanowiłem odejść z Formacji. Kolejnym moim klubem był Dąb Przybyszów.

Długo grałeś w Przybyszowie?

Trzy lata, które wspominam bardzo dobrze. W ostatnim roku, w którym robiliśmy awans w Lesznie w futsalu, ja również grałem na dużym boisku. Po awansie do ekstraklasy trudno byłoby już jednak pogodzić jedno z drugim, więc musiałem się zdecydować tylko na futsal. Wiadomo, że to też może być męczące. Aktualnie to wygląda tak, że po pracy wsiadamy w auto, jedziemy dwie godziny na trening, potrenujemy półtorej godziny i potem ponownie dwie godziny spędzamy w aucie.

Kiedy w takim razie futsal pojawił się w Twoim życiu?

Wcześnie. Gdy była tylko okazja brać udział w tych ligach amatorskich to grałem gdzie się tylko dało. Natomiast w II lidze zacząłem grać pięć lat temu w Zielonej Górze. Ten klub istniał już wcześniej, ale szczerze powiedziawszy ja nawet nie wiedziałem o jego istnieniu. Pojawił się jednak sponsor, który chciał szybko zrobić awans i zebrał wyróżniających się zawodników z tych okolicznych lig amatorskich. W ten sposób powstała bardzo dobra drużyna. W pierwszym roku zrobiliśmy awans z drugiej do pierwszej ligi, wygrywając wszystkie spotkania. Nawet mierzyliśmy się z Futsal Leszno wtedy. Pierwszy sezon w pierwszej lidze to było trzecie miejsce, a w międzyczasie udało się też triumfować w akademickich Mistrzostwach Polski z AZS UZ. Spodobało mi się to wtedy bardzo. Atmosfera w Zielonej Górze też była super. W kolejnym sezonie byliśmy również w czubie z Chojnicami i Lubawą, ale przyszły wtedy problemy z pieniędzmi. Awansu nie udało się zrobić, a problemy miały ciąg dalszy, czego skutkiem była relegacja do drugiej ligi.

W tych wszystkich zespołach strzelałeś dużo goli, byłeś wyróżniającą się postacią.

Tak, ale miałem też inną pozycję niż tutaj w Lesznie. Tutaj na pivocie gram trochę z przymusu, bo nie ma komu grać na tej pozycji. Jest Piotrek Pietruszko, a drugiego takiego zawodnika u nas nie ma. Ja wcześniej zawsze grałem w futsalu na skrzydle i stąd była większa ilość goli. Nie ukrywam, że nie leży mi do końca pozycja na której dzisiaj przychodzi mi grać.

W zasadzie, od kogo z Futsal Leszno wyszła inicjatywa, żeby Cię ściągnąć?

To był jeszcze okres, gdy w klubie pierwszoligowym byli w składzie bracia Pieczyńscy. Mierzyliśmy się ekipą z Zielonej Góry z zespołem z Leszna. Wygraliśmy 6:2, a ja strzeliłem cztery gole, jeden był bardzo urodziwy. Wydaje mi się, że to był ten mecz w którym zostałem przez prezesów z Leszna zauważony. Potem doszedł temat angażu trenera Trznadla i tak się to potoczyło, że zakotwiczyłem w Lesznie.

Część chłopaków znałeś już ze wspólnych występów w Zielonej Górze.

Dokładnie, z Adrianem Niedźwiedzkim, Kacprem Konopackim i Michałem Bartnickim mieliśmy już okazję razem grać. Świetni koledzy, świetni zawodnicy. Z Adrianem i Kacprem w Zielonej Górze graliśmy razem w czwórce. Bardzo w tym sezonie brakuje nam Kacpra, bo to była dla nas fundamentalna postać.

A jak widzisz swoje mocne strony w futsalu? Wszyscy kojarzą Cię z tą charakterystyczną przekładanką. Czy też uważasz, że ta gra jeden na jednego to Twoja najmocniejsza strona?

Powiem tak, grając w Zielonej Górze moim zadaniem było grać jeden na jednego. Zespół był nawet uczulany przez trenera, że ma robić mi miejsce, więc dostając piłkę mogłem grać właśnie w ten sposób. Tu jest trochę inaczej. Trener skupia się bardziej na taktyce i odpowiedzialności w rozgrywaniu piłki, więc te akcenty rozłożone są zupełnie inaczej.

Co w takim razie ze słabszymi stronami?

Zdecydowanie jest to doskok do przeciwnika, pressing. Jest to tym bardziej problematyczne, że w tej taktyce, którą stosujemy to jeden z ważniejszych elementów. Moja charakterystyka jest jednak taka, że mogę zrobić więcej w ataku i grze indywidualnej niż w takim ostrym naciskaniu na przeciwnika.

To teraz nasze standardowe pytanie. Czym na co dzień zajmujesz się zawodowo?

Jestem zawodowym żołnierzem od listopada 2018 roku. Podobnie zresztą jak Adrian Niedźwiedzki, który również zaczynał przygodę z wojskiem w analogicznym okresie. Jestem w jednostce artyleryjskiej w Sulechowie, na miejscu. Ciężko czasami tę pracę z futsalem połączyć, bo wiadomo, że wiąże się ona również z wyjazdami służbowymi. W zeszłym sezonie musiałem odbyć trzymiesięczny kurs. Przez to dużo treningów miałem rozpisywanych indywidualnie i w ten sposób musiałem to pogodzić. Byłem przez ten okres przez miesiąc w Toruniu, potem dwa miesiące w Stalowej Woli i zjeżdżałem tylko na weekendy.

Zadebiutowałeś w tym sezonie w ekstraklasie. Odczuwasz dużą różnicę w jakości rywali po awansie?

Tak, jest duża różnica. Szczególnie jeśli chodzi o grę jeden na jednego. O wiele większy odsetek futsalistów w esktraklasie potrafi dobrze grać w tym elemencie. Widać doświadczenie i zgranie w tych zespołach. W przykładowym meczu z Gattą było widać, że pomimo braku pressingu z ich strony potrafili się tak ustawić, żeby wymusić na nas błędy indywidualne, prowadzące nawet do wykopywania piłek po autach. W momencie jednak gdy oni dochodzili do głosu to potrafili wykorzystać wszystko co było do wykorzystania. Nie da się ukryć, że ciężko się w tym sezonie gra. Przede wszystkim robimy masę błędów indywidualnych. Trener nam to wszystko wykłada, musimy skupić się na wyeliminowanie tego, ale nie wiem czy starczy nam na to czasu.

A indywidualnie jak widzisz swoje dokonania w tym sezonie?

Tak jak wspominałem dużo spraw wiąże się z tą grą na nieswojej pozycji. Procent skuteczności podań mam bardzo dobry, ale często są to podania asekuranckie, do tyłu. Jest to wymuszone najbardziej tym, że często muszę grać tyłem do bramki przeciwnika. Szczerze mogę powiedzieć, że na ten moment jestem bardzo niezadowolony.