Specjalnie dla PWR: Sebastian Mila

W piątek gościliśmy w Lesznie wyjątkową postać polskiej piłki nożnej, wielokrotnego reprezentanta Polski i człowieka, którego zna zapewne każdy, kto czyta teraz ten wstęp do wywiadu. Sebastian Mila przyjechał do Leszna wraz z Leszkiem Milewskim, autorem książki o Sebastianie, na spotkanie autorskie zorganizowane przez Klub Sportowy Futsal Leszno. Frekwencja na spotkaniu dopisała, a my wszyscy byliśmy świadkami opowieści o kapitalnych historiach i anegdotach z kariery byłego reprezentanta, a dziś eksperta TVP. Pilkawregionie.pl miała przyjemność przeprowadzić z bohaterem piątkowego spotkania długi wywiad zarówno o samej książce, jak i o jego doświadczeniach piłkarskich oraz komentatorskich. Nie zabrakło również nawiązań do futsalu, czy piłki amatorskiej, która jest nam tak bardzo bliska. Serdecznie zachęcamy do przeczytania wywiadu!

Zacznijmy od książki. Trudno było się otworzyć przed obcą osobą?

Początkowo nie było łatwo. Był nawet taki moment, gdy już usiedliśmy z Leszkiem do pisania, że zacząłem mu opowiadać jakąś fajną historię związaną z Grodziskiem, a on nagle mówi „stop”. Stwierdził, że nie może tak być, że opowiadam to z perspektywy obcej osoby, że czytelnik musi się przenieść w te miejsca, do tych sytuacji, widzieć to wszystko moimi oczami. Nie znaliśmy się też wtedy zbyt dobrze, widzieliśmy się może drugi raz w życiu, więc pierwsza moja reakcja była taka, że nie idzie to w dobrym kierunku. Okazało się jednak, że właśnie to była nasza siła. To, że on rozumiał mnie, nie wymagał ode mnie rzeczy niestworzonych i miałem takie wrażenie, że znał mnie bardzo dobrze, wiedział, co chcę powiedzieć, a czego nie. Były takie momenty, że padało z ust Leszka pytanie, czy chcę poruszyć dany temat i w przypadku odmowy nigdy nie naciskał.

Czyli można powiedzieć, że wytworzyła się między Wami swoista chemia.

Na pewno. On jest bardzo wymagający, ale ma bardzo ciekawe postrzeganie rzeczywistości. Od początku było widać, że czujemy ten „flow” i wiemy w którym kierunku ma to wszystko zmierzać. W momentach mojego zawahania, gdy padało: „nie wiem, czy chcę pisać tę książkę…” to w odpowiedzi padało, że kluczem do stworzenia czegoś dobrego będzie rozmowa o moim życiu wyłącznie z mojej perspektywy. I rzeczywiście podstawą było to, żeby nie mówić o kimś, tylko o sobie. Dlatego, tak jak mówiłem wielokrotnie, jeżeli ktoś liczy, że tam znalazło się coś pikantnego to zakup tej książki będzie stratą pieniędzy. To miała być książka o tym z czym się borykałem, przed jakimi wyborami stałem, co w życiu było mi potrzebne i dzięki czemu tam doszedłem.

Jeśli opisujecie jakieś zakręty to wyłącznie z Twojej perspektywy.

Otóż to, dokładnie tak. Myślę też, że ta książka ma nie tylko opowiadać o futbolu, ale przede wszystkim o życiu. Każdy z nas boryka się na co dzień z jakimiś zakrętami. Teraz nie będąc piłkarzem również często stoję przed różnymi wyborami i wiem o tym, że czasami na podstawie doświadczeń łatwiej mi niektóre decyzje podjąć. Bardzo bym chciał, żeby ta książka w jakimś małym stopniu była inspiracją. Nie mówię, że to jest niewiadomo jakie dzieło, ale będę bardzo zadowolony, jeśli ktoś będzie mógł wyciągnąć z tych historii coś dla siebie. Wtedy będę wiedział, że ta książka dała radę.

Ile czasu zajęło Wam pisanie?

9 miesięcy. Trochę się śmiejemy, że to takie nasze wspólne dziecko. Spotykaliśmy się w Gdańsku, w Warszawie. Kiedyś była też okazja w Łodzi jak komentowałem mecz. Tak naprawdę to Leszek jeździł za mną. Przyjechał do Koszalina do moich rodziców, żeby porozmawiać też z nimi. To właśnie była fajna przygoda, że pisanie tej książki odbywało się w różnych miejscach i okolicznościach. Z dzisiejszej perspektywy mogę nawet powiedzieć, że trochę brakuje mi tych rozmów i tej całej otoczki, która nam towarzyszyła w trakcie tworzenia książki. Opowiedzieć Wam jak wyglądało takie spotkanie?

Oczywiście. To musiało być wyjątkowe przeżycie.

Wcześniej samego mnie interesowało, jak wygląda takie pisanie książki. Spotykaliśmy się, Leszek rzucał jakiś temat, załóżmy: Groclin. On w międzyczasie nakierunkowywał tę historię na dane tematy, a ja o tym opowiadałem. Byłem wtedy tak jakby jego oczami. Z takiego opowiadania rodził się jeden wielki materiał-surówka. Leszek wracał do domu, obrabiał to, budował na tej podstawie gotowe części i wracał na kolejne spotkanie z materiałem do ostatecznej obróbki.

Raczej robiliście to po cichu, nie było dużo słychać na temat tej książki przed wydaniem.

Tak, zdecydowanie nie afiszowaliśmy się z tym. Była nawet taka historia, że siedzieliśmy na Łotwie: Robert Podoliński, Michał Żewłakow i ja, to było w dniu meczu z Łotwą. Żewłak zajęty był wtedy swoim telefonem. Zwróciłem mu oczywiście uwagę, żeby z nami pogadał, a nie siedział tylko w tym telefonie. Michał nagle mówi, że musi przeczytać wywiad, który do autoryzacji podesłał mu gość z Weszło. To ja się pytam, z kim robił ten wywiad, a on mi na to, że z Leszkiem Milewskim. Moja reakcja od razu była taka, że po co sprawdza ten wywiad, skoro robił go z najlepszym dziennikarzem, który takie mega teksty pisze. Na drugi dzień poszła informacja o książce, że zrobiliśmy coś takiego. Pamiętam, że siedziałem wtedy przy recepcji i nagle z góry schodzi Podolina z tekstem: „Ta… Najlepszy dziennikarz, Ty to jesteś…”. Naprawdę szczelnie się udało tę wiedzę zachować dla siebie. W trakcie tego wyjazdu dostałem też jeszcze jedną propozycję napisania książki, ale wiedząc już, że za chwile ogłosimy to, że książka jest już napisana, musiałem trochę wymanewrować przy odpowiedzi, żeby się nie wydało.

Teraz chcielibyśmy przejść do tematów związanych stricte z Tobą. Masz opinię zawodnika, którego zawsze charakteryzowała pokora. Czy z perspektywy czasu nie uważasz, że było jej aż nadto?

Pokory było wystarczająco i uważam, że to była zawsze moja cecha wrodzona. Tak byłem wychowany. Dzięki temu też poznałem mnóstwo życzliwych mi ludzi, dzięki którym mogę być w tym miejscu w którym jestem. To jest naprawdę coś wspaniałego. Pokorę miałem wielką, ale moim zdaniem brakowało trochę pewności siebie, a czasami może nawet trochę arogancji. Niestety takiego boiskowego „chamstwa” nie brakowało, ale nie było tej wiary, że jestem w stanie grać na dobrym poziomie. Na treningu było tego dużo więcej, ale nie przekładało się to na mecz.

Czy to nie jest właśnie typowa charakterystyka Waszego pokolenia? Przecieraliście szlaki na zachodzie, Niedzielan w Nijmegen, Ty w Austrii, dzisiaj to jednak wygląda zupełnie inaczej.

Nawiązywałem właśnie też do tego w książce. Jakbym w wieku dwudziestu lat miał za przykład takiego Roberta Lewandowskiego, który robi taką karierę na zachodzie to na pewno byłoby mi o wiele łatwiej. Dawajcie mi wtedy makaron bez glutenu i jedziemy z tematem. A wyglądało to jednak tak, że wybijaliśmy się w lidze, byliśmy najlepszymi zawodnikami tych drużyn, a jednak zgłaszały się po nas kluby nie z tego pierwszego szeregu. Były może jakieś tematy z Schalke, Ajaxu, ale nie było konkretów. Przyszła taka Austria, wypłaciła kasę i nie było w ogóle o czym dyskutować. Teraz jest łatwiej, rynek jest o wiele bardziej otwarty i wyjechać do mocniejszej ligi można już po kilku dobrych spotkaniach w lidze.

Wisła, Legia i Lech. Nie było propozycji z tych klubów w trakcie kariery?

Były propozycje z wszystkich trzech. W czasach gdy byłem w Śląsku był moment, że byłem blisko Wisły. To jeszcze był okres, w którym to Lechia, Śląsk i Wisła kibicowsko miały ze sobą zgodę. Jeśli chodzi o Lecha to były rozmowy za czasów Pana Pogorzelczyka w Poznaniu, a Legia to znowu okres trenera Kubickiego, a później Wdowczyka. To były jednak tylko takie podejścia, nie na tyle konkretne, żeby siadać do rozmów. Do Legii jeszcze mogłem przejść wcześniej za czasów Pana Olędzkiego w klubie z Łazienkowskiej, gdy miałem siedemnaście lat. Ostatecznie to jednak klub się nie zdecydował.

Ciepło wypowiadasz się też o żonie w wywiadach. Jesteś chyba przykładem piłkarza, u którego boku, mądra kobieta znaczyła bardzo dużo w trakcie kariery?

Kiedyś siedzieliśmy z Krzyśkiem Stanowskim w Barcelonie i wtedy właśnie powiedziałem mu takie zdanie o Ulce, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi mądra kobieta. Tak było właśnie w moim przypadku. Poza tym, że dom jest szalenie istotny w funkcjonowaniu każdego człowieka, nie tylko piłkarza to daje on też podstawę do spełniania swoich marzeń. Jak możesz wrócić do ciepłego, kochającego domu to masz tę podstawę, żeby w życiu też się spełniać. Ula miała i ma wiele atutów i zawsze potrafiła pomóc mi w ukierunkowaniu swojego toku myślenia. Kiedy wyjeżdżasz z takiego Koszalina, masz więcej pieniędzy to Ci się wydaje, że musisz podążać za trendem i pokazywać to światu. Nagle jednak się okazuje, że to jest płytkie, niepotrzebne i na krótką metę. Ważne jednak, żeby w odpowiednim momencie zorientować się, że jest to zbędne w naszym życiu i skupić się przede wszystkim na ludziach, którzy wnoszą wiele dobra do tego życia.

Wracając teraz do Twojej kariery piłkarskiej, grałeś w jej trakcie u różnych selekcjonerów. Jesteś w stanie pokusić się o opinię, który z nich wniósł do Twojego życia najwięcej?

Na pewno w pierwszej kolejności powinienem wymienić dwóch selekcjonerów, bo to u nich grałem najwięcej. Pierwszym jest Paweł Janas, bo to u niego zadebiutowałem. Pierwsze powołanie na kadrę dostałem za czasów Zbigniewa Bońka u sterów selekcjonerskich, ale debiut przypadł już na kadencję trenera Janasa. Wysyłając teraz życzenia na święta dla Prezesa, śmieję się, że ja mogę mu również życzyć w nawiasie jako trenerowi. Selekcjoner Boniek miał dwa mecze: z Łotwą i z Danią. Ja byłem na tej Danii. Pamiętam jak dziś jego słowa po meczu, że już więcej nie przegramy, że tu się buduje coś dobrego. Potem padła ta informacja, że odchodzi… Ja byłem załamany, bo akurat wtedy to on na mnie postawił. Zresztą wszyscy wiedzą kim jest Zbyszek Boniek. Wielki piłkarz, wielka osobowość, ktoś kim wtedy chciałem być. Jednak być kimś jak Boniek to zawsze pozostawało tylko w sferze marzeń, podobnie jest dziś z Robertem Lewandowskim. Są to takie autorytety, że każdy z nas gdzieś chciałby się do nich zbliżyć. Paweł Janas był za to niesamowicie istotną osobą dla mojej kariery, bo nie dość, że jako pierwszy prawdziwie na mnie postawił to jeszcze zabrał mnie na mundial w momencie, gdy nie grałem w klubie. Była wtedy masa negatywnych komentarzy, że jak można zabierać zawodnika, który w ogóle nie gra. On się jednak uparł, że widzi we mnie to „coś” i chce mnie budować. Ta impreza, pomimo tego, że nie grałem dała mi strasznie dużo energii i zbudowała mnie też na kolejne lata. Zawsze chciałem wrócić na taką dużą imprezę, wiedziałem już „z czym to się je”. Ona była nieudana, ale mimo to dała wielkiego kopa i motywację na później. Dlatego zawsze rozumiem jak trenerzy reprezentacji biorą kogoś wyłącznie po naukę, bo wtedy zaszczepiasz w takim piłkarzu chęć do powrotu na ten poziom. W sumie w trakcie kariery powołało mnie pięciu selekcjonerów: Boniek, Janas, Benhakker, Smuda i Nawałka.

Żywa historia polskiej piłki.

No szok, że tak się to potoczyło. Co zgrupowanie to inny sztab, inni piłkarze. Wspominam jeszcze czasami to pierwsze zgrupowanie u Zbigniewa Bońka. Na bramce Jurek Dudek, w ataku Olisadebe. Dla wszystkich w tamtym czasie Olisadebe to był „king”, absolutny „king”. Sam oklaskiwałem go na jednym spotkaniu z trybun. Poza nimi Świerszczu, Tomek Hajto, to była taka ekipa, którą ja znałem tylko z telewizji i z plakatów. Później był czas Szymkowiaka, Żurawskiego itd., następnie generacja Lewego, Kuby, potem Zieliński, Milik.

Najlepszy piłkarz z którym było dane Ci grać w jednym zespole?

Nie będę oryginalny. Piłkarsko najlepszy Piotrek Zieliński, wiadomo – genialny. Napastnik to oczywiście Lewy, niesamowity piłkarz. Ogólnie, w tych czasach w reprezentacji mamy wspaniałych zawodników. Zapytajcie mnie o bramkarza to Wam siedmiu wymienię. Kogo nie postawisz to jest top. Z wcześniejszych czasów, chociażby taki Wojtek Kowalewski, w takiej heirarchii na przestrzeni lat może byłby na 10. miejscu. Możecie go spokojnie postawić do bramki i to nadal byłaby klasa sama w sobie. Kuszczak, Fabian, Artek Boruc, czy Jerzy Dudek to wszystko są zawodnicy klasy światowej. I weź im tu strzel gola na treningu…

Mało kto pamięta, że po powrocie z Norwegii pomógł Ci ŁKS. Jak wspominasz ten etap kariery?

To było tak, że po powrocie zza granicy przyszedł taki moment, że nikt mnie nie chciał. Był po czasie jedynie jakiś temat w Koronie Kielce, bo Paweł Janas był wtedy dyrektorem w Kielcach. W pewnym momencie zgłosił się jednak ŁKS, któremu bardzo zależało na zakontraktowaniu mnie w tym czasie. Tomek Wieszczycki doradził mi wtedy, żebym poszedł właśnie do Łodzi, bo skoro tak bardzo mnie chcą to będzie im zależało, żebym się odbudował. Zdecydowałem się i nie żałowałem tej decyzji ani przez moment. Tak miło wspominam ten ŁKS, pomimo, że byłem tam tylko pięć miesięcy. ŁKS jest dla mnie absolutnie wyjątkowym klubem, kibice, ludzie, którzy tworzą klub do dziś są mi bardzo bliscy. To też był taki moment, że do Łodzi brali piłkarzy, których potrzebował ŁKS, ale Ci zawodnicy też potrzebowali ŁKSu, wszystko tam działało w dwie stronu.

Teraz pytanie, które nurtuje nas od dłuższego czasu. Po golu z Niemcami nie udało się już nawiązać do wcześniejszych osiągnięć. To była naturalna kolej rzeczy, czy przyszło nasycenie, że „ja już swoje zrobiłem”?

To była naturalna kolej rzeczy. Byłem wtedy już naprawdę dojrzałym piłkarzem, a istotny był też fakt, że szybko zacząłem tę karierę. Nie da się do tego uciec, że jak zaczynasz grać na wysokim poziomie dość szybko to szybciej też przychodzi moment wyeksploatowania. Byłem wicemistrzem Europy do lat 16, później było mistrzostwo w kategorii u-18 i już wtedy można powiedzieć, że miałem do czynienia z piłką profesjonalną. Dochodziło do tego też obciążenie psychiczne. Stąd właśnie w okresie po golu z Niemcami przyszedł moment, że ciało już nie pozwalało, mimo, że głowa chciała bardzo. Czułem po prostu, że przyszedł ten moment zniżki formy. Mimo to uważam, że w Lechii bardzo mało mnie wykorzystywali nawet biorąc pod uwagę, że ten poziom poszedł w dół. Siedzieć na trybunach przez półtora roku było w tamtym momencie totalną bzdurą. Nie chciałem jednak robić zbyt dużego szumu wokół tej sprawy, bo za bardzo szanuję to miejsce. Tam się wychowałem i zawsze będę miał do tego sentyment. Nie zmienia to jednak faktu, że mogli mnie zdecydowanie lepiej wykorzystać.

Było Ci dane pożegnać się z reprezentacją na środku boiska z innymi zawodnikami, poprzez odebranie z honorami podziękowania za te lata spędzone w kadrze. Nie brakowało Ci meczu pożegnalnego na koniec tej przygody?

Absolutnie nie, między innymi ze względu na to, że ja już się nie nadawałem do prowadzenia drużyny Lechii Gdańsk. Po drugie, uważam, nie z fałyszywą skromnością, że nie byłem zawodnikiem, który by na takie coś zasłużył. Jerzy Dudek, Michał Żewłakow, Artur Boruc, czy Łukasz Piszczek dali tej kadrze na pewno zdecydowanie więcej i dla nich taki mecz był naturalną koleją rzeczy. I nie jest to z mojej strony jakaś skromność, tylko szczera i rzetelna ocena sytuacji. Pożegnany zostałem naprawdę należycie, to była wyjątkowa chwila, na stadionie była moja rodzina i też tego nie zapomnę do końca życia. Miałem i tak szczęście, bo przecież inni fantastyczni piłkarze, jak choćby Jacek Krzynówek nie mieli nawet takiej możliwości pożegnania się z reprezentacją.

Teraz chcielibyśmy poruszyć kilka ogólnych tematów związanych z polską piłką. Kto Twoim zdaniem po Robercie Lewandowskim jest w stanie przejąć rolę takiego naturalnego lidera kadry?

Będzie trudno, bo będziemy przyzwyczajeni do Roberta, do jego tytułów, statystyk. Myślę, że nie znajdziemy nikogo takiego na już. Myślę, że bardzo prawdopodobne jest to, że może się wykreować ktoś o kim na dzień dzisiejszy jeszcze nie wiemy. Piłkarsko takim naturalnym następcą wydaje się Piotrek Zieliński, czy Arek Milik, ale podołać takiemu poziomowi, który wyśrubował Robert będzie na pewno bardzo ciężko. Ale oczywiście, przed Robertem też byli znakomici zawodnicy, Zbyszek Boniek, Włodzimierz Lubański, więc na pewno ktoś też się wykreuje na taką postać. Nie ma ludzi niezastąpionych, ale niektórych jest bardzo trudno zastąpić.

Byłeś w lidze wiele lat, więc jesteś naturalną osobą do tego, żeby porównać poziom na przestrzeni lat. Dużo mówi się o tym, że on się obniżył. Czy taki Groclin był lepszym zespołem niż chociażby mistrzowski Śląsk, czy Legia, która później święciła triumfy?

Nie wiem czy to się da porównać… Wszystko się zmienia, buty, piłki, fizyka w futbolu. Ja to się zawsze śmieję, że najlepsze jest to powiedzenie byłych piłkarzy: „my to grali”. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Czy ta przygoda ze Śląskiem spowodowała, że dziś czujesz się bardziej związany z klubem ze stolicy Dolnego Śląska niż z Lechią?

Oj Panowie, kolejne trudne pytanie. Śląsk jest mi zespołem bardzo bliskim, to tam osiągałem największe sukcesy. Czułem i czuję się tam jak w domu, Ci ludzie są dla mnie wspaniali. Przy promocji książki we Wrocławiu byłem taki szczęśliwy, że po powrocie do domu popłakałem się ze szczęścia, tak dobrze się tam czuję. Fantastyczni ludzie, fantastyczny czas. Oczywiście były lepsze i gorsze momenty, ale to tam urodziła się moja córka we Wrocławiu, tam robiliśmy dla niej kołyskę całą drużyną. To emocjonalnie zostaje w człowieku, jadę tam z wielką przyjemnością. Po prostu jest to coś wyjątkowego.

Tam na konferencji były łzy, z tego co pamiętamy.

Tak, były i takie chwile. Nie mogłem nawet pozbierać swoich butów w szatni, bo tak z wrażenia mnie dusiło, ciężko było wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Człowiek się przywiązuje, ale wiedziałem, że ten moment będzie musiał nadejść. Zawsze gdzieś staramy się szukać nowych bodźców, szczególnie jak gdzieś osiągnąło się bardzo wiele. A ja wtedy wiedziałem, że tamtej drużynie nie jestem już w stanie więcej dać. Z drugiej strony miałem też takie przekonanie, że gdy pójdę do Lechii to nowe wyzwanie pozwoli mi wykrzesać z siebie po raz kolejny tę radość z gry i chęć do zrobienia znowu czegoś fajnego. Niestety, nie wyszło tak jak chciałem.

Jak już jesteśmy przy tej Lechii to mamy świadomość, ze to specyficzny klub, w którym często buduje się wszystko na nowo. Widzisz na dziś szansę na zbudowanie tam czegoś trwałego?

Rzeczywiście brakuje stabilizacji w Gdańsku, to nie ulega wątpliwości. Brakuje trochę też takiej rodzinnej atmosfery, jaka była we Wrocławiu. Teraz też czytam wypowiedzi piłkarzy Śląska, którzy mówią o tym jaka fajna atmosfera panuje w klubie. Ja to doskonale znam i dobrze wiem kto robi tam tę fajną atmosferę. Tego zazębiania się wszystkich trybów brakowało mi właśnie w Gdańsku. Chciałbym, żeby i tam zbudowała się taka aura wokół klubu, bo kibice w Gdańsku na pewno zasługują na to, żeby klub również dawał im sporo radości. Takie mistrzostwo Lechii to byłoby wydarzenie historyczne, pamiętam przecież co działo się we Wrocławiu. Tego im właśnie życzę, ale bez stabilizacji będzie o to bardzo trudno.

Teraz chcielibyśmy przejść do pytań z naszej leszczyńskiej perspektywy, nie uciekniemy więc od tematu futsalu. Miałeś kiedyś styczność z futsalem?

Kiedyś byłem na dwóch treningach futsalowych w Gdyni. Pamiętam jednak, że sił za dużo na ten trening nie miałem, bo byłem już po dwóch swoich traningach w klubie tamtego dnia. Niesamowite to było, zupełnie inna piłka. Technika, umiejętność przyjęcia, taktyka, te wszystkie elementy trzeba dobrze rozumieć i na pewno sztuka opanowania tego nie jest prosta.

Spotkałeś się może z tym, że te środowiska futbolowe i futsalowe się ze sobą przenikają?

Słyszałem o różnych sytuacjach, że piłkarze też pogrywali w futsal. Wydaje mi się, że Maciek Kalkowski, teraz asystent w Lechii pogrywał w futsal w Chojnicach. Z Gdańska pochodzi też Marek Widzicki, reprezentant Polski w futsalu.

Trochę brakuje wsparcia ogólnopolskich mediów w futsalu. Skusiłbyś się na skomentowanie meczu futsalowego w TVP?

Pewnie, że tak. Najpierw musiałbym sobie przybliżyć tę dyscyplinę, to bez dwóch zdań. Ale robienie nowych rzeczy też jest fajne. Gdyby do takiego czegoś doszło to na pewno chciałbym najpierw pójść na jakieś dziesięć futsalowych treningów, pogadać z chłopakami, żeby móc to widzowi porządnie opowiedzieć. Musiałbym to najpierw ze swojej perspektywy poznać i poczuć, ale gdyby była taka okazja to bardzo chętnie.

My staramy się promować w strafie leszczyńskiej piłkę amatorską i obserwujemy duży wzrost zainteresowania takimi rozgrywkami. Czy Ty też widzisz taką tendencję?

Uważam, że ten futbol oddolny jest nawet bardziej medialny niż futsal. Na Twitterze co i rusz widzę, że wszyscy siedzą na B-klasie chłoną tę piłkę w ten sposób. Mnie się to bardzo podoba, bo to zawsze jest super jak ludzie spędzają razem czas na świeżym powietrzu, idą na mecz swojej drużyny. Straszne mi to imponuje w Anglii, że tam niezależnie od poziomu rozgrywkowego, wszędzie są pełne trybuny. Nie idą na poziom, nie na przeciwnika, tylko dla swojego zespołu. Zrodziła się tam swego rodzaju kultura kibicowania.

Może u nas też się to powoli rodzi.

Fajnie! I super, że też to zaszczepiacie, to jest ekstra.

To przejdźmy jeszcze do ostatniego segmentu tej rozmowy, czyli tzw. „życie po życiu”. Zawsze myślałeś o tym, że zostaniesz ekspertem w TV?

Niekoniecznie, nie myślałem, że to pójdzie w tym kierunku. Zaczęło się od EURO 2016, dostałem propozycję, żeby jechać jako korespondent. Na początku nie chciałem, ale Ula mnie namawiała, żebym spróbował, pojechał, zobaczył jak to jest. Stwierdziła, że będę miał okazję być blisko chłopaków, poczuć też tę atmosferę. I to mnie ostatecznie przekonało. Pojechałem, bardzo mi się to spodobało i tak zostałem jako ekspert w TVP. Lubię oglądać mecze, lubię czytać o piłce, lubię przygotowywać się do studia. Po prostu to lubię. Mając ten zapał ciągle to mi się to bardzo podoba. Jak stracę go to po prostu uznam, że czas z tym skończyć. Tak samo jak było z futbolem. Mam nadzieję, że jeszcze trochę to potrwa. Było przecież też tak, że po karierze też jeszcze mogłem jechać gdzieś odcinać kupony, ale po co to robić, nie mając z tego radości. I tak samo będzie z telewizją. Jeśli przestanie mi to sprawiać przyjemność to mam ten komfort, że będę mógł po prostu grzecznie podziękować. Nie wiem jakie mogłoby być moje kolejne miejsce, ale póki co nie myślę o tym.

Mówisz, że ta praca eksperta nie była jednak naturalnym wyborem. To może myślałeś o robieniu licencji trenera?

Nie, po Lechii absolutnie chciałem uciec od szatni, od klubów. Bardzo byłem zmęczony tym wszystkim, nie dawało mi to radości. Wiedziałem, że nie mogę tam zostać, bo nie będę w żaden sposób produktywny. Miałem jeszcze dwa lata kontraktu z Lechią Gdańsk jako pracownik klubu po wygaśnięciu kontraktu piłkarskiego. Zrezygnowałem jednak z tego, poprosiłem o rozwiązanie, bo nie czułem tego w żaden sposób. Byłem wyżarty od środka i nie dałbym rady dalej tego robić. Nie miałem też żadnego pomysłu, co dalej. I jak przyszła telewizja w trakcie mundialu to wróciłem do tego świata pełny energii. Jak dostałem propozycję zostania to wiedziałem, że mogę się w tym po prostu spełniać.

A EURO 2016 ciężko było oglądać z boku, nie mogąc pomóc kolegom na boisku?

Bardzo było ciężko, ale rozumiałem to, że przegrałem rywalizację z Filipem Starzyńskim. Bardzo lubię tego chłopaka, a to był moment w którym miał świetną rundę za sobą. W tamtym momencie miał top formę i nie dziwię się trenerowi Nawałce, że wziął akurat jego na ten turniej. Wiadomo, że było mi trochę przykro, że nie uda się zagrać na mistrzostwach, ale rozumiałem to, że taka jest naturalna kolej rzeczy. Jedyną swoją szansę w tej rywalizacji upatrywałem jeszcze w tym, że może trener będzie widział we mnie wartość dodaną na boisku jako „joker”, ale na nic więcej nie mogłem liczyć. Widocznie jednak tak nie było i nie pozostało mi nic innego, jak tylko to zaakceptować.

W planach masz pójście w taką typową komentatorkę?

Nie, na ten moment na pewno nie. Staram się być z boku, obserwować i rozwijać też w ten sposób na tym polu, więc na EURO 2020 wystąpię po prostu w roli eksperta.

 

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl

Źródło zdjęcia: Piotr Matusewicz / EAST NEWS