Czwartki z Futsal Leszno: Hubert Olszak

Kibice uwielbiają porównywać drużyny do żywego organizmu i ukazywać poszczególnych zawodników jako wybrane organy. Przyjmując taką nomenklaturę dziś przed Państwem wywiad z sercem zespołu GI Malepszy Futsal Leszno. Hubert Olszak opowiedział nam o decyzjach, które wpłynęły na całą jego karierę na trawie, szansach, których nie udało się wykorzystać, ale również o tym dlaczego zakochał się w futsalu od pierwszego wejrzenia. Zapraszamy do lektury!

Staramy się pokazać Was kibicom od innej strony niż tylko ta sportowa i zawsze pada pytanie o karierę zawodową, ale w Twoim przypadku chyba nie trzeba zadawać tego pytania, bo większość ludzi wie kto jest najsłynniejszym kurierem w okolicy. Więc w jaki sposób ta rozpoznawalność towarzyszy Ci na co dzień w pracy?

Faktycznie ta moja przygoda z futsalem wpływa na to, że wielu klientów mnie na co dzień rozpoznaje. Wielu z nich przychodzi na nasze mecze, ale muszę przyznać, że jest to bardzo fajne. Nie tylko czuć to meczach wygranych, ale również jak zdarzają się jakieś niepowodzenia to czuję wsparcie od tych osób. Wpływa to na to, że i na co dzień fajniej się pracuje.

A czy są takie sytuacje, że klienci są zaskoczeni, że przyjechała do nich znajoma twarz z ekstraklasy?

Po tym pierwszym meczu, który graliśmy z Clearexem, faktycznie dało się odczuć mocny „boom” na futsal w Lesznie i przy okazji roznoszenia paczek zdarzało się, że ludzie mnie zaczepiali. To było bardzo miłe. Z biegiem czasu mogę powiedzieć, że ludzie się przyzwyczaili i mniej dało się odczuć to zainteresowanie.

Jaki obszar obsługujesz w tej swojej codziennej pracy kuriera?

Odpowiadam za centrum Leszna. Pasuje mi to też pod względem logistycznym. Gdybym miał obsługiwać teren położony dalej to mogłoby to kolidować z treningami. A tak kończę pracę, mam czas na odpoczynek, obiad, a potem prosto na trening.

Czy w takim razie możemy się spodziewać kiedyś żółto-czerwonego znaczka na koszulkach Futsal Leszno?

To by mógł być hit, ale nad tym już bardziej musiałby popracować prezes Paweł. Ja w każdym razie nie miałbym nic przeciwko. Jeśli chodzi o firmę to jest to przedsiębiorstwo, które bardzo angażuje się we wspieranie sportu. Nie tylko piłki nożnej, ale od jakiegoś czasu choćby F1.

To przejdźmy teraz do kwestii sportowych. Jesteś wychowankiem Obry Kościan. Skąd w takim razie kontynuacja kariery w UKS SMS Łódź?

Tak jak zauważyliście, od gry w trampkarzach zaczynałem przygodę z piłką w Kościanie, a w momencie rozpoczęcia nauki w szkole średniej przeniosłem się do Łodzi. Tam uczęszczałem do prywatnego Liceum Ogólnokształcącego. Powodem przeniesienia się tam był fakt, że po przygodzie z Obrą potrzebowałem nowego bodźca. Rozglądałem się za szkółką w okolicy, w grę wchodziły Wronki czy Szamotuły, ale akurat wtedy nadarzyła się okazja na przenosiny do Łodzi. To był moment w którym UKS SMS zdobył Mistrzostwo Polski w kategorii juniora młodszego i starszego. Przechodząc tam skusiło mnie właśnie to, że trafiam do drużyn, które już mają jakieś osiągnięcia akurat w tamtym momencie. Pojechałem na testy sprawnościowe, a wiadomo z czym takie testy najczęściej się wiążą. Było i zdenerwowanie i brak doświadczenia w takiej nowej sytuacji. Nie spodziewałem się, że dostanę po nich telefon z pozytywną wiadomością, a jednak się udało. Zadzwonili, że są zainteresowani i jeśli z mojej strony też temat jest aktualny to zapraszają mnie na obóz, na który wybierają się w góry. W grupie do której dołączałem było ośmiu reprezentantów Polski w moim roczniku. Od początku miałem świadomość, że to jest rewelacyjna grupa, a początek w takim miejscu wiąże się też z tym, że dla młodego chłopaka jest to spora zmiana w życiu. Pierwszy raz daleko od domu, a tu trzeba było się skupić na rozwoju. Początek na pewno nie był łatwy, ale po pół roku zaaklimatyzowałem się tak bardzo, że aż ciężko było wracać do domu. Wrażenie robiła też infrastruktura, metody szkoleniowe, to wszystko było na najwyższym poziomie w Polsce.

Czy ktoś z tej Twojej grupy zrobił karierę?

Z mojej klasy chociażby Maciej Makuszewski. Kumpel z ławki, kontakt mamy do dziś. Na Mistrzostwach Polski miałem okazję też grać z Mateuszem Cetnarskim, czy Andrzejem Niewulisem, którzy grali/grają w ekstraklasie. Wielu było też takich, którzy świetnie zapowiadali się w okresie juniorskim, ale nie poszły za tym żadne konkrety w piłce seniorskiej.

Czułeś, że dajesz radę w tym towarzystwie?

Był okres, w którym pojechaliśmy na Mistrzostwa Polski, to była bodajże druga klasa liceum. Czułem wtedy, że jestem wiodącą postacią w tej ekipie. Grałem wtedy w ataku i strzeliłem 26 goli. To był moment w którym ocierałem się o grę w kadrze Polski U-18. Ale wiadomo jak to w życiu, że w momencie, gdy jest się na fali to często przydarza się coś niedobrego. I tak też było w moim przypadku. Miałem jechać na konsultację juniorskiej kadry do Gdyni. Trener Dziubiński był selekcjonerem w tamtej reprezentacji. Skończyło się na martwicy kolan i straciłem tę najważniejszą okazję. W tym okresie mieliśmy drużynę seniorów w trzeciej lidze i tam młodzież z SMSu miała okazję się ogrywać. Dla nas to była świetna sprawa, bo przeskoczyć z rozgrywek juniorskich na trzeci poziom rozgrywkowy to świetne doświadczenie. Dzisiaj strukturalnie piłka juniorska wygląda zupełnie inaczej, bo pod ekipami z ekstraklasy jest mnóstwo szkółek. Dziś zawodnicy mając nawet po szesnaście lat są o wiele bliżej tej prawdziwej szansy. Do tego dochodzi status młodzieżowca na różnych poziomach.

Byłeś też na testach w ekstraklasowym Bełchatowie? Dlaczego tam nie udało się zahaczyć?

Wtedy wszystko rozbiło się o aspekt finansowy. Miałem kontrakt podpisany z UKS SMS na pięć lat, więc w grę wchodziło tylko wypożyczenie. A wiadomo, że żaden klub z tego poziomu nie będzie inwestował w zawodnika z którego potem nie będzie miał finansowej korzyści. Stąd trudno było o jakąkolwiek szansę gdzieś wyżej. Po testach dostałem pozytywną opinię od trenera Bartoszka, który był bardzo zainteresowany współpracą, ale najważniejszą kwestią było dogadanie się finansowo ze szkołą. To był okres w którym w Bełchatowie pojawił się Marcin Żewłakow po swojej przygodzie w Lidze Mistrzów z APOELem. Więc towarzystwo również było tam pierwszorzędne. Był też temat Zagłębia Lubin, ale sprawa rozbiła się dokładnie o te same aspekty, co w Bełchatowie. W Zagłębiu padały nawet takie hasła, że oni z SMSem nie chcą mieć nic wspólnego. W przypadku Maćka Makuszewskiego było tak, że to jego ojciec i menedżer Mariusz Piekarski podziałali razem przy transferze do Jagiellonii i udało im się go stamtąd wyciągnąć. Po tym jaką zrobił karierę widać, że całe szczęście, że udało mu się wtedy pójść w tym kierunku. A jeśli chodzi o mnie to mogę tylko żałować. Rozmawialiśmy nawet z moim tatą, że szkoda, że nie poszliśmy wtedy na całość i nie wzięliśmy kredytu, żeby wykupić moją kartę i uwolnić się od tego kontraktu w Łodzi.

Możemy poznać nazwisko menedżera, który wtedy miał pieczę nad Waszymi losami w SMSie?

Janusz Matusiak był moim menedżerem i to on zajmował się tymi tematami.

Potem była Polonia Leszno?

Do Polonii Leszno również byłem tylko wypożyczony po to, żeby się ogrywać. To była wtedy trzecia liga, więc dla mnie też idealna okazja do tego, żeby złapać kontakt z tym seniorskim graniem. Po graniu w Lesznie załapałem się na grę w Nielbie Wągrowiec, w tamtym czasie drugoligowcu (trzeci poziom – przyp. red.), a potem w Pogoni Barlinek. To już był okres po którym zostało mi pół roku kontraktu ze szkołą. Pogoń oczywiście nie zdecydowała się na wykupienie mnie, więc na pół roku musiałem wrócić do SMSu. Miałem wtedy już 23 lata, więc gdzieś byłem świadom tego, że jeśli ta kariera nie nabrała rozpędu do tego czasu to nic większego już nie da się z tego wycisnąć. Wracając jeszcze do przygody z Nielbą to trafiłem na moment w którym zmieniał się rocznik, który był brany pod uwagę jako młodzieżowiec. Łapali się chłopacy starsi ode mnie o dwa lata, więc jako temu młodszemu też było mi ciężko wskoczyć do składu. Chociaż muszę przyznać, że to też była ciekawa przygoda, chociażby dlatego, że graliśmy wtedy w 1/16 finału Pucharu Polski z Lechią Gdańsk.

Idąc chronologicznie, kontynuowałeś przygodę z Polonią.

Dokładnie. Była to wtedy trzecia liga, chociaż w ostatnim sezonie spadliśmy do ligi czwartej. Wtedy też były lekkie zawirowania, bo Warta Poznań utrzymała się „przy zielonym stoliku”. My sportowo się utrzymaliśmy, ale decyzje były takie, że następny sezon musieliśmy zaczynać ligę niżej. Wiem, że po tej sytuacji były osoby odpowiedzialne za to, które musiały się po wszystkim podać do dymisji w związku. Następnie dostałem telefon z Kościana z zapytaniem, czy nie chciałbym pomóc w awansie do trzeciej ligi. Moim trenerem w Obrze był trener Knychała, który do dziś jest szkoleniowcem w Kościanie. Znaliśmy się już ze współpracy w Nielbie. Paczkę w Kościanie mieliśmy naprawdę mocną, ale zawsze czegoś brakowało. Mocna wtedy była Calisia, a awansował jeden zespół, więc nie udało nam się pójść wyżej. Ja jestem też taką osobą, która potrzebuje dodatkowych bodźców i jeśli wiem, że nie ma postawionego przede mną ambitnego celu to bardzo mi tego brakuje. W tym czasie miałem pierwszy kontakt z prezesem Mrozkowiakiem i docierały do mnie informacje, że chętnie sprawdziliby mnie w futsalu. Od dłuższego czasu zresztą byłem na bieżąco z tym co się dzieje w klubie, bo interesowałem się projektem, który zaczął się tworzyć w Lesznie. Ci ludzie mieli jasno sprecyzowany cel i od samego początku do niego dążyli. To mnie właśnie przekonało, że warto podjąć rękawicę. Dodatkowo, w momencie gdy do klubu przyszli zawodnicy z taką przeszłością futsalową jak bracia Pieczyńscy to już miałem pewność, że duża rzecz powstaje w Lesznie. Mój angaż zresztą był też dość nietypowy, bo ekipa na ten sezon była już dograna, a ja zdecydowałem się trochę później i miałem wątpliwości czy nie spóźniłem się z tą decyzją. Szczęśliwie udało się jeszcze wskoczyć do drużyny i tak zaczęła się moja przygoda z futsalem.

Czyli nie miałeś momentu w którym łączyłbyś trawę z futsalem?

Nie, podjąłem decyzję, że skupiam się na jednej z tych dyscyplin. Chciałem robić jedną rzecz konkretnie, zamiast rozbijać swój czas na dwa projekty, nie dając od siebie maxa. Zrezygnowałem z trawy i przeniosłem się na halę. To była też o tyle łatwiejsza decyzja, że hala nigdy nie była mi obca, zawsze lubiłem zimą pojeździć po takich turniejach.

Nie było ani chwili w której żałowałbyś tej decyzji?

Ani przez moment. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to było dla mnie coś nowego i niektórych elementów musiałem się uczyć od podstaw. A tak jak już wspominałem lubiłem zawsze stawiać przed sobą konkretne cele. Na początku myślałem, że przyjdę na halę i spokojnie sobie poradzę, a tu trzeba było się zabrać za nadrabianie zaległości. Muszę też przyznać, że Darek Pieczyński sporo na początku mi pomógł. Mocno skupiałem się na pracy, a słysząc od niego, że widać postępy tylko mobilizowałem się do dalszej gry.

Często zadajemy też pytanie, czy większym przeskokiem był dla Ciebie awans do pierwszej ligi czy do ekstraklasy?

Zdecydowanie do ekstraklasy. Tutaj umiejętności zawodników, taktyka są na o wiele większym poziomie niż w pierwszej lidze. Po naszych meczach widać jak ta liga jest okrutna i jak mały jest margines błędu. W niższej lidze tych błędów możesz popełnić kilka, a nie ma to przełożenia na wynik, tutaj robisz jeden błąd i wszystko się sypie.

Co czułeś po pierwszym spotkaniu w ekstraklasie w którym zostałeś bohaterem Leszna?

Coś niesamowitego. Dla części zawodników był to powrót na ten poziom, ale dla nas, dla których było to pierwsze spotkanie w najwyższej klasie rozgrywkowej było to niesamowite przeżycie. Każdy chciał wypaść jak najlepiej. Ja sobie debiutu nie mogłem wymarzyć lepiej. Pełne trybuny, historyczny moment, rywal z wyższej półki, wszystko tego wieczora się zgadzało. Już przed tym meczem byłem bojowo nastawiony do gry, bo wszyscy wiedzieliśmy jak kluczowa to będzie chwila. Cała otoczka, znajomi na trybunach pomogła nam wykonać kawał dobrej roboty. Mimo wszystko mam jednak nadzieje, że fajniejsze chwile są cały czas przed nami.

W jakich aspektach czujesz się najmocniejszy na hali?

Na pewno zawsze byłem graczem charakternym i pracowitym i jeśli miałbym wskazać jakiś atut to postawiłbym właśnie na te dwie kwestie. Jeśli natomiast chodzi o aspekty takie typowo piłkarskie to trzeba byłoby pytać kolegów z drużyny i trenera. Z piłki trawiastej na pewno mogłem przełożyć na futsal waleczność i dynamikę i myślę, że to są rzeczy na których najbardziej bazuję.

Czy indywidualnie jesteś w tym momencie zadowolony z przebiegu sezonu?

Muszę powiedzieć, że do końca nie jestem zadowolony. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę tym pierwszym meczem i dzięki temu też wiem na co mnie stać. Jestem ambitny i dążę do tego, żeby wejść na ten poziom. A nie da się ukryć, że z każdym meczem ta forma szła trochę w dół, choć po części było to też spowodowane lekkim urazem. Chcę się w każdym razie skupić na tym, żeby dojść znów do tego poziomu, który reprezentowałem na początku sezonu. Mogę powiedzieć, że były mecze fajne, jak ten wspomniany z Chorzowem, czy z Gattą u siebie, ale było też dużo spotkań od których wymagałbym od siebie dużo więcej. Jestem trochę na siebie zły, ale wiem, że wiele meczów przed nami i grunt to ciężką pracą dojść do odpowiedniego poziomu.

Priorytetem jest liga, ale jesteśmy bezpośrednio przed spotkaniem w pucharze. Czy macie jakieś oczekiwania w stosunku do siebie? Dokąd chcielibyście w tym pucharze dojść?

Powiem tak, to jest fajna przygoda. Ale nie możemy zapominać o tym, że najważniejsza jest liga. Puchar gra się co roku, a ekstraklasa to dla nas taka wisienka na torcie. Nie możemy dopuścić do tego, żeby spaść, więc priorytet na pewno położymy na rywalizację ligową. Dobrze, że jedziemy na puchar do Zduńskiej Woli, bo następny mecz w lidze również gramy właśnie tam. Dla nas takie obycie z rywalem na jego terenie może mieć decydujące znaczenie w rozgrywce ligowej, więc jest to dla nas też istotny wyjazd właśnie z tego powodu.

Zastanawia nas też, czy przed przyjściem do zespołu znałeś jakichś chłopaków z okolicy, czy byłeś zupełnie nową jednostką w tym środowisku?

Tak, znałem Kubę Molickiego z gry w Polonii Leszno. Resztę faktycznie poznałem dopiero na futsalu, nie miałem wcześniej z nimi styczności.

Czy miłość do trawiastej piłki pozostała? Śledzisz na co dzień co się dzieje u kolegów z boiska?

Powiem Wam szczerze, że nadal bardzo w tym siedzę. Ciężko byłoby się tej miłości pozbyć. To była dla mnie bardzo trudna decyzja, żeby zrezygnować z trawy. Nie raz mam ochotę założyć buty i wskoczyć trochę na trawę pohasać z chłopakami. Jak tylko mogę to też śledzę postępy kolegów z którymi grałem. A nie zamykam sobie też w przyszłości furtki do bycia trenerem. Jestem instruktorem piłki nożnej i jeśli miałbym pójść w trenerkę to pewnie łatwiej byłoby mi o pracę właśnie na trawie. Nie wykluczam, że moja przyszłość potoczy się właśnie w tym kierunku, bo ciągnie to nadal niesamowicie. Póki co stan zdrowia pozwala mi jednak myśleć o tym, żeby jak najdłużej utrzymywać się w futsalu jako zawodnik i mam nadzieję, że szybko się to nie zmieni.

Jeśli miałbyś wybrać mecz Lechia Gdańsk – Jagiellonia, a Clearex – Rekord to wybierzesz zieloną murawę?

No nie da się ukryć, że chętniej obejrzałbym spotkanie na świeżym powietrzu. Na początku jak jeździłem z chłopakami na wyjazdy i oni puszczali mecze futsalowe to dziwiłem się, co oni w ogóle oglądają. Spoglądałem chwilę, odwracałem głowę i puszczałem sobie mecz piłki nożnej. Z czasem oczywiście zaczęło się to zmieniać i wzrosło moje zainteresowanie futsalem jako dyscypliną. Dziś już zdecydowanie częściej zdarza mi się odpalić jakiś mecz na hali. Zacząłem śledzić, poznawać zawodników, bo jest mi to indywidualnie też potrzebne.

Też uważasz, że w futsalu jest coś takiego, że jak człowiek raz dotknie tej dyscypliny to szybko się zakochuje?

Oj, zdecydowanie. Miałem kilku znajomych, którym zaproponowałem, żeby przyszli raz zobaczyć jak to wygląda. Skończyło się na tym, że chodzą cały czas i to grono się zwiększa i zwiększa. Niedługo Trapez będzie za mały, żeby pomieścić wszystkich zainteresowanych. Aktualnie od 10 do 15 moich znajomych przychodzi, taką mam ekipę. A muszę też dodać, że najwierniejszymi kibicami są moi rodzice, którym dużo zawdzięczam, bo zawsze mnie wspierali i mogłem na nich liczyć. Oczywiście jest tak do dnia dzisiejszego i za to im bardzo dziękuję. W meczu z Rudą Śląską pauzowałem i po tym meczu obiecałem sobie, że nigdy więcej. Emocje jakie są na trybunach to coś nie do opisania. Wygląda to w ten sposób, że znajomi trzymają się za ręce i przy każdej ciekawszej akcji podrywają się do góry. Zwroty akcji, dramaturgia to coś, co jest wizytówką tej dyscypliny. Jeśli ktoś jeszcze nie był to szczerze zachęcam do przejścia się na takie spotkanie, bo emocje gwarantowane, a przede wszystkim chęć przyjścia na kolejny mecz. Wciągające jest to niesamowicie.

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl