Czwartki z Futsal Leszno: Adrian Niedźwiedzki

Uznawany jest za jednego z liderów drużyny. W zeszłym sezonie otarł się o koronę króla strzelców pierwszej ligi, mimo, że jest zawodnikiem grającym w głębi pola. Ostatnio został nominowany jako jedyny futsalista do plebiscytu na najlepszego piłkarza organizowanego przez Wielkopolski ZPN. Adrian Niedźwiedzki powiedział nam w szczerym wywiadzie o swojej roli w zespole, relacjach z trenerem Trznadlem oraz zapewnił, że drużyna utrzyma się w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Chcielibyśmy zacząć mocno, trochę też w związku z tym, że jesteś nominowany do I Plebiscytu na najlepszego zawodnika Wielkopolskiego ZPN. Czy czujesz się najlepszym zawodnikiem w GI Malepszy Futsal Leszno?

Myślę, że nie. Zostałem wybrany, ponieważ miałem najwięcej bramek. Prawda jest taka, że w tym przypadku statystyki zrobiły swoje, bo też trudno, żeby kapituła przychodziła na wszystkie nasze spotkania. Dlatego na podstawie tych statystyk zostałem wybrany, ale muszę przyznać, że wielu innych zawodników zasługiwało na takie wyróżnienie. Stworzyliśmy w tamtym sezonie zespół, który dobrze grał w piłkę. A co do samej nominacji to jest mi niezmiernie miło z tego powodu.

Od początku ciągnęło Cię do piłki, czy były w Twoim życiu również inne dyscypliny?

Piłka zawsze była na pierwszym miejscu. Zaczynałem oczywiście jak większość od trawy. W futsalu jest bardzo mało zawodników, którzy od samego początku są przy tej dyscyplinie. Zacząłem w wieku 10 lat w UKP Zielona Góra i grałem tam w rozgrywkach juniorskich do osiemnastki. Po skończeniu wieku juniora dostałem propozycję przejścia do Błękitnych Toporów, którzy grali wtedy w IV lidze. Zdecydowałem się na przejście właśnie do tej drużyny. Grałem tam kilka sezonów, a kolejnym przystankiem w mojej przygodzie z piłką był niemiecki FC Guben (niemiecka Landesliga – przyp. red.), zespół przy naszej zachodniej granicy. Tam spędziłem cztery sezony, bardzo miło wspominam ten czas. Grało tam kilku Polaków i muszę przyznać, że bardzo nas tam na miejscu szanowali. Następne dwa sezony spędziłem w Alfie Jaromirowice.

Z Gubina pochodzi były gracz ekstraklasowy, a dzisiaj zawodnik arabskiego Al.-Fateh Michał Janota.

Chodziliśmy nawet razem do klasy! Jesteśmy z tego samego rocznika i w zasadzie przygodę z piłką zaczynaliśmy razem. Od początku było widać, że ma duży talent, sam wygrywał nam turnieje. Na wszystkich zawodach zgarniał mnóstwo nagród. Potem udało mu się dostać do Feyenoordu i miał tam moment w którym nieźle sobie radził, dzielił szatnie z Makaayem czy Van Bronckhorstem, chociaż ostatecznie musiał wrócić do Polski.

A w Twoim przypadku nie było możliwości, żeby zrobić karierę chociażby na poziomie centralnym w Polsce?

Raczej nie, a to też wiązało się z tym, że ja już wtedy studiowałem, a dochód z piłki traktowałem jako dodatek. Mogłem dzięki temu odciążyć trochę rodziców. To też był duży plus, że gdzieś ta piłka przynosiła pieniądze na własne wydatki, a nie da się ukryć, że takie odciążenie rodziców było odpowiedzią na to ile oni musieli w tę moją przygodę z futbolem zainwestować. Kiedyś za wszystkie obozy i sprzęt trzeba było płacić. Za to jestem bardzo wdzięczny rodzicom, że nigdy nie hamowali mojego zamiłowania do piłki, tylko zawsze mogłem liczyć na pełne wsparcie.

Wspominałeś już, że studiowałeś. Jakie to były kierunki?

Licencjat zrobiłem z wychowania fizycznego, a magisterkę z bezpieczeństwa narodowego.

Czyli Twoja kariera zawodowa związana jest ze studiami magisterskimi, bo pracujesz w wojsku.

To zupełny przypadek. W czasie studiów nie myślałem, że trafię do wojska, ale tak się losy potoczyły. Po studiach pracowałem w zupełnie innej firmie, też zupełnie niezwiązanej z wykształceniem. W pewnym momencie pojawił się temat wojska i zdecydowałem się na taki krok. Wykształcenie w tym momencie się jednak nie przydało, bo przy rekrutacji nie patrzą na takie rzeczy. Może się przydać w dalszej karierze wojskowej, bo wtedy bierze się wykształcenie pod uwagę. Jednak na chwilę obecną nie ma to większego znaczenia.

Jesteś w jednostce w Zielonej Górze?

W Czerwieńsku. To jest 4. Zielonogórski Pułk Przeciwlotniczy, tak jak w Lesznie, ale my jesteśmy osobnym oddziałem. Jednak w Lesznie w związku z pracą bywam rzadko, bo wszystkie sprawy związane z wojskiem w okolicy obstawia oddział leszczyński, a my pilnujemy bardziej swojego terenu.

Wracając teraz do tematów czysto sportowych. Skoro była u Ciebie satysfakcja z gry na trawie to skąd nagle wziął się futsal?

Za czasów studenckich udało mi się zaangażować w rozgrywki akademickie i wtedy padł pomysł, żeby AZS Uniwersytet Zielonogórski wystartował w Akademickich Mistrzostwach Polski. Poszło nam tam całkiem nieźle, bo zajęliśmy 5. miejsce i to był taki moment przełomowy dla podjęcia decyzji o stworzeniu drużyny występującej w drugiej lidze pod nazwą AZS. Większość drużyny to byli właśnie chłopacy z tamtych AMP i przez rok grałem właśnie na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zajęliśmy wtedy drugie miejsce, za plecami Cuprum Polkowice. Po tym sezonie dostałem telefon właśnie z Polkowic z zapytaniem czy nie chciałbym u nich grać. Zdecydowałem się i moja przygoda z futsalem w Polkowicach również trwała rok i też, tak jak w AZS skończyliśmy ligę na drugim miejscu. Po tym sezonie dostałem propozycję od trenera Trznadla z głogowskiego Euromastera, który wtedy występował w ekstraklasie. Przygoda w Głogowie trwała jednak tylko dwa sezony, bo po drugim drużyna przestała istnieć. Wróciłem wtedy do Zielonej Góry do AZS. Pierwszą rundę na poziomie pierwszej ligi musiałem odpuścić, bo byłem na szkole przygotowawczej z wojska i dostępny do gry byłem dopiero na wiosnę. W tym czasie dostałem już propozycję z Leszna od Darka Pieczyńskiego, ale to był moment, w którym priorytetem było dla mnie poukładanie spraw zawodowych, więc chwilę trzeba było z tym tematem poczekać. Z drugiej strony nie chciałem też zostawić drużyny AZS w trakcie sezonu, więc zdecydowałem się dograć rundę do końca. Dogadaliśmy się w ten sposób, że wrócimy do sprawy jak się skończy sezon, ale tak się losy potoczyły, że Darek już wtedy nie był trenerem w Lesznie. Pałeczkę przejął trener Trznadel i to z jego strony wykonany został telefon z propozycją mojego przyjścia do drużyny. Bardzo się cieszyłem, że mam taką możliwość, bo moim celem był powrót do ekstraklasy, a w Lesznie montowana była naprawdę mocna ekipa. Mimo, że otwarcie się o tym nie mówiło, że chcemy awansować to gdzieś w podświadomości od początku nam ta myśl towarzyszyła.

Czy przez ten czas łączyłeś grę na trawie z futsalem?

Praktycznie cały czas. Grając w Niemczech, grałem również w Polkowicach. Ale mogę powiedzieć, że cały czas było tak, że futsal był dla mnie priorytetem. Jeśli pokrywały się terminy spotkań to decydowałem się jechać na futsal. Kluby trawiaste się na to godziły pewnie dlatego, że chcąc, żebym tam został wybierali w takiej sytuacji mniejsze zło. Grając w Lesznie decyzja była jednak taka, zarówno ze strony klubu jak i mojej, żeby postawić tylko na grę na hali.

Na trawie na jakiej pozycji grałeś?

Początkowo był to bok pomocy, a w późniejszych latach najczęściej występowałem jako środkowy pomocnik.

Jesteś kolejnym zawodnikiem, który z własnej perspektywy może porównać projekty futsalowe z Głogowa i Leszna. Jak wypada takie porównanie na płaszczyźnie organizacyjnej i sportowej?

Ciężko je porównać, bo w różnych aspektach te projekty mocno się różnią. Organizacyjnie Leszno wygląda znakomicie i to na tle wszystkich zespołów w najwyższej lidze. Myślę, że to spokojnie top 3 w organizacji dnia meczowego, marketingu, mediów społecznościowych. W Głogowie tego brakowało. Natomiast sportowo to był bardzo dobry zespół. Ja od tych chłopaków w moim pierwszym roku w Głogowie nauczyłem się tak naprawdę dopiero futsalu. Wcześniej tylko mi się wydawało, że gram w futsal. Długo czekałem na swój debiut, bo udało mi się zadebiutować dopiero w 7. Kolejce, ale w tym okresie zrobiłem największy postęp w grze.

Czyli w drugim sezonie byłeś już podstawowym zawodnikiem w Euromasterze?

Tak, wtedy dostawałem zdecydowanie więcej szans. Czułem, że daję radę na tym poziomie. To nie był łatwy sezon, trochę też przez te różne zawirowania wokół klubu. Nie było wiadomo czy uda się wystartować do sezonu. Ostatecznie udało się, a utrzymanie było bardzo dużym sukcesem, szczególnie po siedmiu zwycięstwach z rzędu. Wielkim rozczarowaniem natomiast była wiadomość, że klub przestaje istnieć.

Ekstraklasa mocno się zmieniła przez te kilka lat?

Zdecydowanie. Wtedy nie było tylu zawodników z zagranicy, którzy dziś dają jakość. Mniej było również trenerów z dorobkiem. Jeśli chodzi o nacje to wtedy głównie przodowała pod tym względem Ukraina. Dziś tych narodowości przewija się więcej.

Z Twojej perspektywy trudniejsze było wejście do ekstraklasy wtedy, czy powrót z Lesznem w tym sezonie?

Wtedy było trudniej głównie z tego powodu o którym wspominałem, że wcześniej nie miałem styczności z typowym futsalem na tym poziomie. W pierwszej lidze można było nadrobić te braki myśleniem boiskowym i walką, a w ekstraklasie trzeba być lepiej przygotowanym taktycznie. Przesuwanie, odpowiednie ustawienie to podstawa. Czasami dla osoby z boku nie musi to być tak dobrze widoczne, ale dla nas to są najważniejsze elementy. Teraz jest o tyle łatwiej, że doświadczenia mam już więcej i mogę więcej z niego wyciągnąć.

W zeszłym sezonie przydarzyła Ci się groźna kontuzja. Szybko udało się wrócić.

Kontuzji doznałem w kwietniu. Złamana kość strzałkowa podczas gry na orliku. Możecie sobie wyobrazić reakcję prezesa i trenera, gdy usłyszeli co się wydarzyło. Mogę powiedzieć tylko tyle, że słowa obu były na pewno bardzo podobne i nie nadają się do cytowania tutaj. Zdarzyło się to przed ostatnią kolejką, ale ja o wynik byłem spokojny, bo znałem tę drużynę i wiedziałem, że spokojnie poradzą sobie z Bojano. Treningi biegowe wznowiłem już w lipcu, a od sierpnia byłem gotów do gry w sparingach. Wiadomo, że ta noga trochę bolała, ale praca wykonana z fizjoterapeutą Mateuszem Leśniakiem pozwoliła szybko dojść do pełnej sprawności.

To powiedz nam jeszcze jak to się stało, że zawodnik awizowany jako gracz zabezpieczający tyły strzela w sezonie 26 bramek?

Faktycznie, nie miałem nigdy sezonu tak bogatego w bramki. Gram jako ten zawodnik biorący udział w akcjach bardziej z tyłu. Udało się strzelać jakieś pojedyncze bramki w poprzednich zespołach, ale nigdy wcześniej nie byłem liderem strzelców w drużynie. W Polkowicach udało się strzelić kilkanaście bramek, ale to tyle. W Lesznie  natomiast spowodowane to było tym, że prowadząc grę więcej miejsca robiło się właśnie dla mnie, który kończył akcję gdzieś z głębi pola. Drużyny grające z kontry transportują piłkę w taki sposób, że więcej sytuacji mają gracze znajdujący się bliżej bramki przeciwnika, a u nas zadziałała tendencja dokładnie odwrotna. Zabrakło jednego gola do króla strzelców pierwszej ligi, którym ostatecznie został Dominik Depta z Lęborka.

Czy w związku z tym, że tyle lat współpracujesz z trenerem Trznadlem, możesz powiedzieć, że ta współpraca z każdym rokiem jest progresywna?

Tak jak wspominałem w pierwszym roku bardzo dużo musiałem się nauczyć, ale od początku widziałem, że trener z którym przyszło mi pracować ma bardzo dobry warsztat. Ja jestem takim typem zawodnika, który lubi słuchać trenerów. Wiem, że jak coś do mnie mówią i zwracają mi na coś uwagę to warto podejść do takich uwag poważnie. Wiadomo, że mam też poczucie własnej wartości, ale nie przeszkadza to w obiektywnym podejściu do sytuacji. Nasza relacja z trenerem Trznadlem na pewno jest bardzo dobra i myślę, że mój charakter nie przeszkadza trenerowi. W Głogowie było dużo krnąbrnych zawodników, którzy wcześniej grali razem, a ja jako młody zawodnik od początku podchodziłem do tej współpracy z dużym szacunkiem. Przez cały ten czas ta relacja się budowała, a teraz widzę, że trener również potrafi słuchać moich uwag co do własnej dyspozycji. Jest świadomy, że my wszyscy musimy również pracować i trzeba gdzieś to wszystko wyważyć. Gra w futsal wiąże się z tym, że jesteśmy obciążeni dość mocno, bo trudno znaleźć czas na odpoczynek.

W drużynie są zawodnicy, którzy są w obszarze zainteresowań reprezentacji Polski. Czy Ty jako jeden z liderów również myślisz o kadrze? Czy może był jakiś kontakt ze strony selekcjonera?

Nigdy nie miałem kontaktu z nikim ze sztabu. Po prostu robię swoje, a czy taką szansę dostanę to zależy w większości od mojej formy. Wiadomo, że byłoby to bardzo miłe zostać w taki sposób docenionym. Debiut w kadrze, chociażby w meczu towarzyskim byłby na pewno spełnieniem marzeń, ale nie mogę powiedzieć, że będę robił wszystko po trupach po to, żeby się znaleźć w kadrze.

W aktualnym sezonie dla Ciebie indywidualnie który moment był najważniejszy?

Najważniejszy będzie ten w którym się utrzymamy. A z chwil, które za nami to wskazałbym na mecz z Clearexem. Nie byliśmy wyzbyci całkowicie z obaw przed tym spotkaniem, bo dla kilku z nas to był debiut na tym poziomie, ale wypadliśmy świetnie w tym meczu. Wtedy stwierdziłem, że pasujemy do tego towarzystwa. Zobaczyłem, że jesteśmy mocni jako zespół. Może nie mamy takich indywidualności, które jednym zagraniem potrafią dać nam zwycięstwo, ale dużo potrafimy zdziałać kolektywem. I tym kolektywem zdobyliśmy już trochę punktów w obecnym sezonie. Widać też po strzelcach bramek, że ciężar w tym aspekcie rozkłada się na wielu zawodników.

Piękna bramka z Chojnicami w Trapezie. Najładniejszy gol w twojej karierze?

Trudno powiedzieć. Na pewno sprawiła mi dużo radości, bo to był pierwszy gol po powrocie do ekstraklasy, więc poczułem, że jest to takie przełamanie. W ekstraklasie do tej pory ładniejszej bramki nie strzeliłem, ale nie było ich też tak dużo, żebym miał z czego wybierać.

Z chłopakami z Zielonej Góry, Kamilem, Kacprem i Michałem znaliście się już wcześniej?

Z Kacprem chodziliśmy zawsze w pakiecie. W Zielonej Górze graliśmy razem, w Niemczech na trawie również i jesteśmy z jednego rocznika. W tym samym czasie byliśmy również w Polkowicach i Euromasterze. Trochę ta nasza wspólna podróż spowodowana jest też względami ekonomicznymi, bo zawsze łatwiej klubowi opłacić dojazd kilku zawodników w pakiecie, niż ściągać każdego z innego kierunku.

Wydaje nam się, że pod względem utrzymania team spirit w drużynie to może być też wartość dodana do zespołu, bo zawsze łatwiej wejść do szatni grupie większej ilości znających się zawodników, niż każdemu z osobna.

Na pewno jest to jakiś plus tej całej sytuacji. Zawsze łatwiej wejść do grupy mniejszej grupie niż pojedynczym jednostkom. Z Kacprem znamy się od tylu lat, że największe wyczucie na boisku mamy właśnie pomiędzy sobą. Wystarczy jedno spojrzenie, gest ręką i już wiemy co ten drugi planuje zrobić. To jest chyba taki gracz z którym gra mi się najlepiej. Chociaż muszę przyznać, że zarówno w Euromasterze, jak i w Lesznie gramy w dwóch różnych czwórkach. Trener ma trochę inną wizję gry w tym momencie. Możliwe, że jest to spowodowane tym, że obaj jesteśmy stosunkowo podobni i obaj operujemy głównie lewą nogą.

To na koniec zadamy jeszcze jedno, ale konkretne pytanie: utrzymacie się?

Myślę, że tak. Nie będzie to łatwa droga, bo te zespoły, które są pod nami pokazały, ze zrobiły duży progres i grają lepiej niż wcześniej. Może jedynie za wyjątkiem Gwiazdy, która ma swoje problemy i ciężko będzie im się z nich wykaraskać. Chociaż mecz w Rudzie Śląskiej będzie bardzo ciężki. Tam jest specyficzna hala i będziemy musieli wejść na wyżyny swoich możliwości. Chojnice również wzmocniły się zagranicznymi zawodnikami, a Pniewy utrzymają się na sto procent. Trudne jest też to, że mecze z tymi teoretycznie słabszymi przeciwnikami będziemy mieli na wyjazdach. Wiadomo, że nikt nie odda punktów za darmo. Myślę, że ta walka o utrzymanie potoczy się między nami, Białymstokiem, a Chojnicami. Wiem jednak, że jesteśmy na tyle mocni, że damy radę i nie zmarnujemy tego co już się udało wypracować, a przede wszystkim tej koniunktury, która jest na futsal w Lesznie.

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl