Czwartki z Futsal Leszno: Bartosz Wojtyniak

Na początku tego sezonu pechowo kontuzjowany. Cierpliwy i skupiony na treningach. Zna swoje słabsze strony i nad nimi pracuje. Zawsze uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia – Bartosz Wojtyniak. Jak to się stało, że zaczął grać w piłkę? Czego nauczył się pod okiem bardziej doświadczonych kolegów? Jak ciężka była jego rehabilitacja? Kiedy powróci na leszczyński parkiet? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w poniższym wywiadzie. Przyjemnej lektury!

Jak zaczęła się Twoja przygoda z piłką nożną?

Jako dziecko nie chodziłem do żadnej szkółki piłkarskiej. Moja przygoda z piłką zaczęła się w Spławiu i trwała trzy sezony. Gdy miałem szesnaście lat rozegrałem już kilka spotkań w drużynie seniorskiej. Dokładnie zaczęło się to w taki sposób, że do mojego znajomego zadzwonił zawodnik z drużyny z Spławia i zapytał czy on przyjdzie na trening. Stwierdziłem, że pojadę z nim. Później jakoś to już tak zostało, że zacząłem tam również trenować i grać w drużynie seniorskiej, która tego czasu grała w klasie A. W tamtej chwili nie wiązałem przyszłości konkretnie z tym, że pójdę gdzieś do wyższej ligi. Tak naprawdę mogę powiedzieć, że gdzie grając jako bramkarz – na linii i przedpolu dobrze sobie radziłem. Tak już kwestia wykonywania piątek zajmowali się starsi obrońcy  z drużyny. Nie było z tym na szczęście kłopotów. Chyba z racji tego, że nigdy nie trenowałem jako dziecko w żadnej szkółce to moja technika wiązała się jedynie z grą podwórkową czy gra na turniejach w wakacje czy w ferie. Więc tej techniki w jakiś sposób zawsze mi brakowało, aby zagrać gdzieś w polu. Z tą drużyną zajmowaliśmy mniej więcej środkowe miejsca w tabeli na koniec sezonu. W ostatnim sezonie w klubie z Spławia zaczęło się coś psuć. Zdarzały się sytuacje, że przyjeżdżaliśmy w czwórkę z kolegami z Leszna na trening do Spławia a tam czekało na nas dwóch zawodników z klubu. Wówczas nawet nie zrobiliśmy treningu, tylko było trzeba wrócić z powrotem do Leszna. Teraz oczywiście śmiesznie to brzmi, że musieliśmy jechać 30 kilometrów, jednak wtedy dla młodych chłopaków był to w jakiś sposób wyzwaniem nie mając prawo jazdy. Jeździliśmy pociągiem a później musieliśmy przejść jeszcze około pięciu kilometrów pieszo.  Takie sytuacje zaczęły nas irytować. Klub w zasadzie się rozpadł. Sezon jeszcze trwał, aby dograć go do końca dostałem się do drużyny z którą zagrałem w lidze orlikowej. Później zagrałem w Starym Bojanowie. Raptem parę meczy, bo miałem już dość bycia w drużynie w której brakuje ambicji, która jedzie na mecz i w zasadzie broni się przez cały mecz i przegrywa mecze. Z tym zespołem uplasowaliśmy się w dolnych granicach tabeli. Oczywiście w żadnym z tych klubów nie dostawaliśmy pieniędzy za grę. Czasami było ciężko nawet żeby dostać zwrot za przejazdy. Można to określić, że była to zabawa. Cieszyć się grą i fajnie spędzić czas. 

Treningi na tym poziomie jak często się odbywają?

Dwa razy w tygodniu. Zazwyczaj był to wtorek i czwartek. Oczywiście zależne było to od tego ile osób trener miał do dyspozycji. Tak dostosowywał ćwiczenia zależności od liczby osób. Jednak najczęściej wyglądało to w taki sposób, że na początek mieliśmy rozbieganie a następnie zawodnicy ustawiali piłkę i strzelali bramkarzowi. Wówczas nie była omawiania taktyka czy przygotowanie pod danego przeciwnika. Nasza taktyka sprowadzała się jedynie do tego, że nasz obrońca długim podaniem uruchamia szybkiego napastnika. 

Skąd nagle futsal?

Pewnego dnia napisał do mnie Kuba Molicki, z którym znałem się z lig orlikowych i turniejów. Zapytał czy przyjdę na trening bo były lekkie problemy personalne i byli potrzebni zawodnicy. Był to okres końcówki drugiego sezonu futsalu w Lesznie dokładnie ostatni mecz, na który z powodów zawodowych nie mógł jechać wówczas obecny bramkarz. Wtedy pojechałem na mecz do Zielonej Góry. Można powiedzieć, że to był mój taki debiut futsalowy, gdzie przegraliśmy ten mecz 11:6. Teraz przypominając sobie o tym jak się w tym meczu reprezentowałem, jakie zachowania przyjmowałem podczas ataków przeciwnika to widzę jaką różnicę poczyniłem wtedy w zasadzie jako nazwijmy to bramkarz, który przyszedł z dużego boiska. Na pewno nie nazwałbym się wtedy futsalowym bramkarzem, bo wyglądało to tak, że gdy zawodnik biegł na moją bramkę i byłem sam na sam to nie myślałem co może zrobić przeciwnik tylko chciałem jak najszybciej na wślizgu przejąć mu piłkę. Niestety zazwyczaj kończyło się to tak, że przerzucali piłkę nade mną bądź podawali do pustej bramki. Nie wiedziałem co się w ogóle dzieje na parkiecie. Wcześniej nie miałem do czynienia z futsalem jako zawodnik. Jedynie była to gra na hali na turniejach, ale wiadomo, że jest to zupełnie coś innego. 

Jakie są dla Ciebie różnice pomiędzy grą na dużym boisku a w futsal jako bramkarza?

Moją bolączką, która od początku – pierwszego meczu w futsalu była przypisana do mnie to dokładne podania. Może jeszcze w drugiej i pierwszej lidze, zawodnicy tak często nie wychodzili w wysokim pressingu. Nie było tak często konieczne odegranie do bramkarza, aby pomógł wyprowadzić akcję. Więc wtedy nie było tego problemu, ale teraz w Ekstraklasie widoczny jest fakt, że większość drużyn gra bardzo wysoko i nasi zawodnicy muszą odgrywać piłkę do Michała Długosza czy Jakuba Budycha i oni muszą rozgrywać piłkę. Oni wiedzą co z nią zrobić. Ja jak zaczynałem bronić gdy piłka została do mnie wycofana, wtedy bardziej panikowałem niż wiedziałem co chcę z nią zrobić. Zazwyczaj jakiś zawodnik do mnie dobiegał i musiałem ratować się wybiciem w zasadzie na oślep. Moim problemem była gra ręką. Przy wznowieniu taką piłkę trzeba wyrzucić mocno i celnie. W moim przypadku piłka leciała wysoko jak “granat”. Nad tymi aspektami pracowałem cały czas do momentu kontuzji i nadal będę pracował. Gra ręką zaczynała wyglądać coraz lepiej. Trener Tomasz Trznadel podpowiedział mi, że ma po prostu wziąć piłkę iść na orlik i trenować wykopy od bramki. Tak właśnie zrobiłem. Trenowałem tak dodatkowo cały czas. Można powiedzieć, że w tym sezonie zaczynało to wyglądać już prawie poprawnie. To nie była jeszcze taka jakość z jaką to chciałbym robić, ale była już zdecydowana poprawa względem poprzednich sezonów. 

W ubiegłym sezonie w bramce Futsal Leszno stał Łukasz Błaszczyk, twoja rola sprowadzała się do tego, aby być drugim bramkarzem?

Tak, w lidze bronił Łukasz. Miałem taką sytuację w której dostałem informację od trenera, że mam wyjść na mecz jako pierwszy bramkarz. Niestety wówczas drużyna z Gdańska z którą mieliśmy grać nie przyjechała, bo okazało się, że wycofali się z rozgrywek. W lidze udawało się łapać końcówki meczów – około dziesięciu minut. Udało się też zagrać od pierwszych minut gdy, Łukasz miał obowiązki związane z kadrą wtedy broniłem w dwóch spotkaniach. Grałem również w Pucharze Polski. 

Miałeś okazję trenować pod jego okiem Łukasza Błaszczyka. Jak wspominasz te treningi?

Zawsze będę wdzięczny Łukaszowi za to co ze mną przepracował. Droga jaką przeszedłem od początku aż do teraz, można to określić – niebo a ziemia. Jest to kolosalna różnica tym co reprezentowałem na początku a tym co prezentowałem aż do momentu kontuzji. Łukasz w zasadzie dostając mnie musiał w zasadzie nauczyć mnie wszystkiego od podstaw. Miał nauczyć mnie jak stać się bramkarzem. Treningi były kompleksowe od podstawowych ustawień się na bramce po zachowania przy ataku przeciwnika.  Było widać z jakim profesjonalizmem to robił. Łukasz miał doświadczenie z kadry. Organizował obozy dla bramkarzy też znanymi specjalistami. Bardzo mi one pomogły. Łukasz jednocześnie pełniąc rolę trenera bramkarzy oprócz mnie trenował jeszcze w klubie Filip Twardowski. Pewnie dlatego, że dopiero wtedy tego wszystkiego się uczyłem. Sezony wcześniej gdy trenerem był Dariusz Pieczyński, nie dostawałem szans i byłem pomijany w wyborze jako zmiennik na końcowe minuty spotkania a nawet jako drugi bramkarz. Dlatego byłem skupiony na pracy jaką wykonywałem na treningach z Łukaszem żeby moje mankamenty wyeliminować. Element jakim jest gra na linii była w moim przypadku już poprawiona, to tego czasu jeszcze był problem z wznowieniami. Wówczas w pierwszej lidze graliśmy innymi piłkami, które były ciężkie i moje braki techniczne wychodziły jeszcze bardziej. 

Miałeś kiedyś moment zwątpienia i przeszła Ci myśl, żeby odpuścić skoro trener nie widział Cię w składzie? 

Będąc zupełnie szczerym na początku gdy grałem w drugiej lidze nie traktowałem jeszcze tego na poważnie. Do końca może sam nie wierzyłem, że tutaj w Lesznie można doprowadzić tak szybko klub do poziomu Ekstraklasy. Z biegiem czasu rosła moja pewność siebie na bramce, coraz lepiej się czułem broniąc. Zacząłem wtedy poważniej myśleć o tym bo od samego początku klub prosperował bardzo dobrze i ambitnie podchodził do sprawy. Na dodatek od początku klub wierzył we mnie i dawał szansę na rozwój. Gdy byliśmy w drugiej lidze nie było wówczas funkcji kierownika i to ja odpowiadałem za sprzęt. Wtedy dużo osób odradzało mi żebym został w klubie bo nic mi nie da siedzenia na ławce. W sumie taka pierwsza wątpliwość przyszła w sezonie gdzie awansowaliśmy do Ekstraklasy. Wtedy na moment straciłem kompletnie motywację do pracy do treningów. Jednak bardzo to szybko zauważył trener Tomek i porozmawiał ze mną. Jak ja się czuję jak to z mojej perspektywy wygląda. Po tej rozmowie moje podejście zmieniło się zdecydowanie. Byłem jeszcze bardziej zmotywowany do pracy. W tym sezonie przed kontuzją coraz bardziej wierzyłem już w swoje umiejętności i możliwości. Czułem się już naprawdę bardzo dobrze na bramce. Pracowałem nad szpagatem bramkarskim. Niestety podczas jednego z treningów źle upadłem i usłyszałem “strzelanie” w nodze i do końca nie wiedziałem co się stało. Nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie był to taki ból jak np. przy załamaniu. Pojechałem od razu do szpitala, aby sprawdzić co się stało. Usłyszałem że ma pan skręcone kolano i można następnego dnia wrócić do pracy. Ból był, ale taki który dawało się wytrzymać. Jednak moje kolano spuchło i następnego dnia byłem na wizycie u naszego fizjoterapeuty Mateusza Leśniaka. Od razu ocenił, że nie wygląda to dobrze. Wtedy od razu działanie podjął klub i po kilku dniach miałem już wizytę u ortopedy oraz rezonans w Poznaniu. Nie da się ukryć, że w moim przypadku czy też Kacpra Konopackiego, została załatwiona najlepsza opieka w poznańskiej klinice Rehasport. Na wizycie pan Doktor ocenił, że doszło do konkretnego zerwania więzadła. 

Czyli za trenera Tomasza Trznadla twoja pewność siebie wzrosła? 

Tak naprawdę trener Tomasz był pierwszą osobą, która we mnie uwierzyła czysto piłkarsko. Oczywiście oprócz samego klubu, bo uwierzyli we mnie i chcieli żebym trenował i grał dla tej drużyny. Wcześniej byłem już przyzwyczajony do roli trzeciego bramkarza. Trener Tomek miał taką zasadę, że na ostatnim treningu zawsze podawał kadrę na kolejne spotkanie i przed jednym z wyjazdowych spotkań zostałem wpisany jako drugi bramkarz. Dwa razy sprawdzałem czy to nie pomyłka. Na pewno czuję się bardziej dowartościowany za czasów trenera z Głogowa. 

Wspomniałeś, że klub od początku dobrze prosperował. Z twojej perspektywy  były jakieś dodatkowe motywację, aby awansować do Ekstraklasy?

Jasnym sygnałem było sprowadzenie w drugim sezonie funkcjonowania klubu zawodników z przeszłością ekstraklasową. Mowa tutaj oczywiście o braciach Pieczyńskich. Wtedy był to jasny przekaz, aby od razu w tym sezonie drużyna będzie walczyć o awans do I ligi. Domyślam się, że wówczas trener wraz z prezesem Pawłem jasno określili sobie cele na kolejne sezony. 

Z twojej perspektywy będąc na rezerwie w zespole jesteś traktowany równorzędnie? Czujesz się częścią drużyny?  

Tak naprawdę częścią drużyny poczułem się w momencie gdy koledzy z Zielonej Góry przyszli do naszego klubu. Wtedy tak naprawdę poczułem się częścią tej drużyny, pewnie też dlatego, że byłem wystawiany jako drugi bramkarz i byłem pewniejszy siebie mimo, że kiedyś tego mi brakowało. Jeśli chodzi o samą atmosferę to nigdy nie spotkałem się z tak pozytywną. Jest to grupa ambitnych osób, nie zamieniłbym nigdy na żadną inną drużynę. Tutaj każdy jest bardzo zaangażowany. Każdy od każdego może dostać wsparcie. Doskonałym przykładem są zawodnicy, którzy w tym sezonie do nas dołączyli. Bardzo szybko wkomponowali się w zespół. Czuje się tutaj naprawdę rodzinną atmosferę. 

Jak wyglądała twoja rehabilitacja i kiedy możemy spodziewać się twojego powrotu na halę?

Rehabilitacja tak naprawdę zaczęła się od razu w momencie w którym wróciłem do domu z kliniki. Dostałem zalecenia jakie mam wykonywać ćwiczenia, jednak jeszcze w pierwszym tygodniu byłem na środkach przeciwbólowych, więc po wykonaniu ćwiczeń musiałem wracać do łóżka bo towarzyszyły mi jeszcze zawroty głowy. Po około tygodniu zostałem przywieziony do Mateusza i rozpoczęliśmy wspólną rehabilitację. Dzięki wspólnej pracy mogłem już pod koniec grudnia odstawić kule. Zacząłem wtedy ćwiczenia na siłowni, które mają na celu wzmacniać mięśnie. Mogę już też biegać po czterech miesiącach wrócić na bieżnię. Oczywiście nie jest to praca na pełnych obciążeniach, widoczne są jeszcze różnice pomiędzy kolanami. Codziennie jest to około czterech do pięciu godzin ćwiczeń – siłownia wraz z pracą w domu. Rokowania są takie, że najprawdopodobniej w maju będę mógł wrócić do pełnych treningów. Mateusz ocenia, że około marca wspólnie z Kacprem będziemy mogli wrócić na halę, ale będą to jeszcze ćwiczenia stricte rehabilitacyjne nie z pełnym obciążeniem. Mam nadzieję, że uda się wrócić w maju. Choć nie chcę zbyt szybko, bo wiele przykładów z boisk pokazuje, że to też nie jest dobre. Oby wszystko było już w porządku i gdy dostanę pozwolenie na powrót wtedy wznowię w treningi na sto procent. Dodatkowo otrzymałem od kibiców znajomych bardzo dużo pozytywnego wsparcia, że wrócę silniejszy. Mam nadzieję, że po takiej kontuzji zarząd nie skreśli mnie i będę miał okazję ubrać leszczyńską koszulkę. Z tego miejsca, chcę bardzo podziękować Mateuszowi Leśniakowi, za całą pomoc i opiekę w czasie kontuzji.

Co robisz zawodowo i czy twoja kontuzja pokrzyżowała w jakiś sposób twoje plany zawodowe? 

Obecnie przebywam na zwolnieniu lekarskim, bo kontuzja i powrót do pełnej sprawności uniemożliwia mi aktualną pracę w firmie VMI w Lesznie. Jestem operatorem i podłączam elektrykę do maszyn produkujących opony. Niestety moje kolano nie jest jeszcze wstanie wytrzymać ośmiu godzin obciążeń. Gdzie w pracy muszę uklęknąć czy przykucnąć. Mam nadzieję, że w firmie wybaczą mi tą kilkumiesięczną przerwę w pracy przez kontuzję. Na samym początku gdy rozmawiałem tam z dyrektorem, który jest zresztą dużym fanem futsalu w Lesznie, to wiedział o tym, że dużo czasu poświęcam na treningi i mecze. Przedłużenie urlopu na czas obozu nie stanowiło problemu, za co dziękuję. Więc mam nadzieję, że będę mógł wrócić do pracy po odzyskaniu pełni sprawności. 

Oprócz tego, że jesteś bramkarzem myślimy, że jesteś bardzo zaangażowany. Jesteś na każdym meczu leszczyńskiej drużyny?
W zasadzie jestem na każdym meczu od początku futsalu w Lesznie. Gdzie jeszcze z kolegami jako kibice oglądaliśmy mecze. Na dodatek znałem chłopaków, którzy grali bo miałem okazję występować z nimi indywidualnie na różnych turniejach na hali czy orliku. Jeśli chodzi o samo oglądanie to futsal jako dyscyplina bardzo mi się podobała. Nie było tutaj tego zjawiska co na dużym boisku. Jeśli drużyna jest nastawiona do gry na remis to będzie grać cały czas w obronie i bronić wyniku. W futsalu nie ma mowy o wolnej grze. Bardzo przyjemnie się to oglądało pomimo braku wyników w tym pierwszym sezonie. W drugim sezonie tak jak wspomniałem zajmowałem się sprzętem, czyli przywoziłem na treningi piłki. Mieliśmy przy tej okazji śmieszną sytuację. Raz zdarzyło mi się pomylić godziny treningu. Sądziłem, że trening jest później i byłem jeszcze w domu – mimo, że trening powinien się już zacząć. Kuba zadzwonił do mnie i zapytał czy wpadnę na trening bo w sumie przydałby się piłki. Wracając do pytania zawsze staram się być zaangażowany w życie klubu. Zawsze dla mnie gra zespołu z  Leszna była wyjątkowa jako osoby która urodziła się w tym mieście i wychowała. 

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl