Czwartki z Futsal Leszno: Jan Martin

Mówi się, że najlepiej zarządzane kluby powinny bazować na swoich wychowankach. Futsal Leszno funkcjonuje dopiero szósty rok, a już może się pochwalić swoimi futsalowymi wychowankami w ekstraklasie. Jednym z nich jest Jan Martin, który od trzech lat ma swoje miejsce w leszczyńskiej drużynie. Jaki klub z przygody z piłką trawiastą wspomina najmilej? Dlaczego cierpliwość okazała się cechą, która umożliwiła mu dojście na ten poziom? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w poniższym wywiadzie. Przyjemnej lektury!

Zacznijmy od standardowego pytania o początek przygody z piłką. Seniorską karierę zaczynałeś w Krzemieniewie, jesteś wychowankiem tamtejszego klubu?

Nie, juniorsko pierwsze kroki stawiałem w Polonii Leszno. Pochodzę z Leszna, więc była to naturalna kolej rzeczy. Przygodę z Polonią zakończyłem jednak dość szybko, bo na drużynie juniora młodszego. Równocześnie w Krzemieniewie rozwijał się klub, w którym pracował zaprzyjaźniony trener z którym miałem okazję współpracować w Lesznie. I w ten sposób razem z Filipem Twardowskim, który również grał u nas w Futsal Leszno, trafiliśmy właśnie do zespołu GKS Krzemieniewo. Po prawdzie trzeba przyznać, że to był bardzo krótki epizod, bo trwało to około miesiąca, rozegraliśmy jedno spotkanie i kolejnym etapem od razu był Rydzyniak.

Jak wspominasz te trzy lata w Rydzynie?

Rewelacyjnie. Niedawno właśnie był Turniej o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Rydzyna, na którym jeszcze rok i dwa lata temu występowaliśmy jako zawodnicy Futsal Leszno, a jeszcze wcześniej przez dwie edycje właśnie jako Rydzyniak. W tym roku nie mogliśmy wystąpić, bo w ten weekend mieliśmy futsalowy Puchar Polski w Połczynie i trzeba było się oszczędzać. Żartowaliśmy sobie z Kubą Molickim, że nie mamy możliwości obronić pucharu, bo ostatnie cztery edycje to właśnie nasze wygrane. Wracając jednak do samego Rydzyniaka to atmosfera jaka tam panuje to jedna wielka rodzina. Zresztą do dzisiaj jak mamy okazję wpaść na zaproszenie trenera Leszka Barczyńskiego czy prezesa Piotra Dembickiego to chętnie korzystamy z okazji. Co do samego klubu to doceniam przede wszystkim organizację. Wiadomo, jak to wygląda w niższych ligach, czasami brakuje ludzi na treningach, w różnych okolicznościach te treningi są prowadzone. W Rydzynie jednak wszystko było mega profesjonalnie, podobnie zresztą do tego co dziś mamy w futsalu. Byliśmy zawsze ubrani, nie było problemów z dojazdami, wszystko zapięte na ostatni guzik.

Dużo w tym przypadku robi chyba też samorząd?

Dokładnie, ale fajne jest to, że na każdym kroku to podkreślają, zapraszają często na różne okazje Burmistrza Malcherka. Pod tym względem Rydzyna jest świetnie zorganizowana.

Na jakiej pozycji grałeś na trawie?

Pomocnik, napastnik. Z sezonu na sezon trochę się to zmieniało. Zaczynałem na pomocy, później u trenera Karola Matuszewskiego sukcesywnie byłem przesuwany wyżej, a w ostatnim sezonie grałem już typowo jako napastnik.

Każdy też dostaje to pytanie, czy była możliwość zrobić większą karierę w futbolu?

Nie, mogę szczerze odpowiedzieć, że nie było takich opcji. Moje najlepsze chwile to były przede wszystkim początki. Każdy trener powtarzał, że nie mam problemów z techniką, dobrze operuję piłką, ale gorzej było z warunkami fizycznymi. Do momentu, kiedy rówieśnicy byli fizycznie na moim poziomie to nie było problemów, bo zdarzyło mi się nawet dostać powołanie do kadry okręgu Leszczyńskiego juniorów w Błażejewku. Gorzej zaczęło się dziać w momencie, gdy musiałem się rozpychać pomiędzy silniejszymi, większymi rywalami.

Byliście razem w klubie z Kubą Molickim. Od początku mieliście dobry kontakt?

Jasne, trzymaliśmy się razem. Kuba grał już wtedy w Futsal Leszno i długo mnie namawiał do spróbowania sił w futsalu. Przyszedłem w końcu na otwarty trening, jeszcze za czasów Darka Pieczyńskiego. To był ten sezon, po którym awansowaliśmy z drugiej ligi do pierwszej.

Nie chciałeś mimo wszystko zostać przy grze po jedenastu?

Gdzieś korciło, całe życie grało się na trawie i do dzisiaj się chętnie wraca. Dopóki była możliwość łączenia obu zajęć to korzystałem z tego, a potem musiałem wybrać w którym kierunku chcę iść. Obowiązków było coraz więcej, czasu również pochłaniało to mnóstwo, stąd taka, a nie inna decyzja. Ja byłem jeszcze w o tyle dobrej sytuacji, że studiowałem dziennie i nie musiałem łączyć tego wszystkiego z pracą zarobkową.

Co studiowałeś?

Wychowanie fizyczne na PWSZ w Lesznie.

To wracając jeszcze do kwestii decyzji o ukierunkowaniu się na jedną dyscyplinę. Trudno było podjąć tę decyzję?

Przed pierwszym treningiem wydawało mi się, że nie raz miałem okazję grać na hali, więc nie powinno być żadnego problemu. Po pierwszych zajęciach okazało się jednak, że to było zwykłe kopanie na hali, któremu bardzo daleko do futsalu. Poruszanie się, taktyka, pierwsze wrażenie było niesamowite. Szczególnie obserwując doświadczonych Darka i Łukasza Pieczyńskich czy później  Daniela Lebiedzińskiego robiło się wielkie oczy. Szybko sprowadzili mnie na ziemię i pokazali ile pracy mnie czeka, ale od razu spodobało mi się to i stwierdziłem, że zostaję przy futsalu.

Nad czym w takim razie musiałeś najbardziej pracować na początku?

Jeśli mam być szczery to do dzisiaj mam wiele aspektów do poprawy, a już cztery lata w futsal gram. To tylko świadczy o tym jak specyficzna i wymagająca jest to dyscyplina. Szczególnie teraz, po awansie do ekstraklasy, gdy poziom mocno się podniósł musimy bardzo nad sobą pracować. Nie jest łatwo się przestawić. W pierwszej lidze to wyglądało zupełnie inaczej, na początku na pewno był szok. Dużo musiałem się uczyć. Przed rozpoczęciem sezonu złapałem też kontuzję, wypadłem na półtorej miesiąca i dużo musiałem przez to nadrobić. Paradoksalnie też muszę dodać, że w tych pierwszych sezonach nie grałem tak dużo, jak teraz na wyższym poziomie.

Jeśli miałbyś określić swój największy atut to bardziej skłaniałbyś się w kierunku techniki czy dynamiki?

Wszyscy powtarzają, że największym moim atutem jest umiejętność znalezienia się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Niesamowicie „szuka mnie piłka”, co jest bardzo istotne na hali. Nad dynamiką cały czas pracuję, bo to też jest bardzo ważne i jestem świadom, że trochę mi tego brakowało, stąd rozpocząłem niedawno treningi personalne, żeby te braki nadrobić. Nie ukrywam, że był taki moment, że po tych bramkach w I lidze uznałem, że ekstraklasę wezmę z marszu. Ekstraklasa zweryfikowała mnie jednak szybko i pokazała ile pracy jeszcze przede mną. Co do techniki to też mi się wydawało, że jestem pod tym względem całkiem niezły, ale przykładowy Rekord postawił mnie pod tym kątem również szybko do pionu. Muszę pracować np. nad kierunkowym przyjęciem piłki, bo w I lidze można było ją spokojnie przyjąć sobie w miejscu, rozejrzeć się, a w ekstraklasie zdecydowanie tego czasu brakuje.

To na Waszym przykładzie możemy obalić ten mit, że w takim wieku nie da się już techniki poprawić.

Wszystko da się poprawić, ale do pewnego stopnia. Wiadomo, że z techniką trzeba się już trochę urodzić, można ją poprawić, ale nie nauczyć od zera. Najważniejsze w tym doskonaleniu jest czas, który się poświęca na te wszystkie kwestie.

Większy przeskok odczułeś po awansie do I ligi czy do ekstraklasy?

Ciężko powiedzieć, ale mimo wszystko chyba bardziej między I ligą, a ekstraklasą. II liga to były o tyle specyficzne rozgrywki, że można powiedzieć, że to było typowo amatorskie granie. W I lidze widać już ten zalążek profesjonalizmu, drużyny są lepiej zorganizowane i wyglądają o wiele lepiej typowo futsalowo. W II lidze to my dominowaliśmy cały czas, drużyny się cofały. Wynikało to pewnie też ze składu, który udało się w Lesznie dograć. Bracia Pieczyńscy,  Daniel Lebiedziński czy Łukasz Błaszczyk to byli reprezentanci Polski. Po awansie na drugi poziom wyglądało już to trochę inaczej, taktycznie przeciwnicy byli na nas dobrze przygotowani. A co do ekstraklasy to weryfikacja będzie postępować, bo coraz lepiej powinniśmy wyglądać z rozwojem pracy, którą wkładamy w siebie na tym etapie.

A jakie wrażenie sprawili na Tobie zawodnicy zagraniczni w ekstraklasie?

Widać, że przyjechali tu po to, żeby podnieść poziom. Taki Alex Viana z Rekordu w momencie w którym zaczął się rozpędzać sprawił że byłem w lekkim szoku. Jest na niesamowitym poziomie. Wyglądał jakby miał jakiś dodatkowy silnik zamontowany na plecach.

To odejdźmy na chwilę od futsalu. Czym zajmujesz się na co dzień?

Tak jak wspominałem skończyłem licencjat i magisterkę z wychowania fizycznego i mam to szczęście pracować w zawodzie. Od września zeszłego roku jestem nauczycielem w Zespole Szkół nr. 4 w Lesznie.

Czułbyś się może w przyszłości jako trener grup młodzieżowych Futsal Leszno? Klub się pod tym względem mocno rozwija, więc może kiedyś byłaby taka możliwość.

Tak, jak najbardziej. Miałem pod sobą kiedyś grupę młodzieżową w Rydzynie, więc :wiem z czym się to je”. W futsal nie da się grać całe życie, trzeba też myśleć o przyszłości, więc trudno się zamykać na takie możliwości. Warto zrobić papiery trenerskie, chociaż w moim przypadku problemem mogłoby być to, że takie kursy odbywają się zazwyczaj w okolicach maja, a my wtedy mamy sezon. Trudno byłoby to pewnie pogodzić, a obecność na takich zajęciach jest obowiązkowa. Ale tak jak wspominałem, nie wykluczam takich możliwości w przyszłości.

Jeśli chodzi o Wasze relacje w szatni to trzymacie się bardziej grupą leszczyńską, czy nie ma u Was takich podziałów?

Nie, to jest chyba jeden z naszych największych atutów, że stanowimy świetny kolektyw. Nie ma podziału na grupy, tylko trzymamy się wszyscy razem. Można powiedzieć, że było wiele takich meczów, które wygrywaliśmy właśnie tym wspólnym napędzaniem się, wybieganiem i sercem. Podejrzewam, że gdyby stworzyły się grupki to momentami byłoby ciężko. Bardzo to było widać w zeszłym sezonie w Lubawie, gdzie przegrywaliśmy 0:2, ale tak się wszyscy wspieraliśmy i napędzaliśmy nawzajem, bez względu na to, czy coś wychodziło, że wygraliśmy ostatecznie 5:3. Nieważne, że chłopacy dojeżdżają z różnych miejsc, wszyscy trzymamy się razem i to mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Wiadomo, że w każdej drużynie muszą być indywidualności, zawodnicy którzy robią róźnice tak jak u nas reprezentanci Polski Sebastian czy Piotrek, ale nie wpływa to zupełnie na relacje w szatni. Tak samo są częścią grupy, jak my wszyscy.

W większych miastach funkcjonują kluby akademickie. Czy u nas na PWSZ jest taki temat, żeby utworzyć jakąś grupę, z której mógłby czerpać nasz rodzimy futsal?

Za moich czasów studiowania była grupa, z którą nawet jeździliśmy na akademickie Mistrzostwa Polski, to były chyba eliminacje. Drużyna powstała, ale pewnie problem był tego typu, że większość zawodników była z boisk trawiastych. Dlatego wszystko rozbijało się o kwestie decyzji z wyborem jednej dyscypliny. Poza tym świetnie futsal rozwija się w naszym regionie na poziomie tych nowych klubów drugoligowych. Poniec, Rawicz i Gostyń robią świetną robotę w kwestii promocji dyscypliny i przyciągają coraz więcej zawodników nawet z Leszna. Chętnych przybywa z każdym miesiącem.

A na tę chwilę, jaki moment był dla Ciebie najbardziej pamiętny przez tych kilka lat przygody z futsalem?

Zdecydowanie pierwsza bramka w ekstraklasie. Tego się nie zapomni już do końca życia. Do dzisiaj mam w głowie całą akcję, nie raz już zdarzyło mi się ją obejrzeć. A jeśli chodzi o mecz to dla mnie najważniejszym spotkaniem do tej pory był właśnie ten wspomniany już pojedynek w Lubawie. To był decydujący moment w zeszłym sezonie, gdy rozgrywała się nasza walka o awans. Jechaliśmy tam już dzień przed meczem, żeby się w pełni skoncentrować na zadaniu, które mamy do zrobienia i na szczęście skończyło się happy endem. Pamiętam też dobrze mecz z Teamem Lębork, w którym na kilkanaście sekund przed końcem remisowaliśmy 3:3, a udało się wygrać dwoma bramkami. To też zapadnie mocno w pamięć, bo emocje były wtedy niesamowite. Zresztą my jesteśmy specjalistami od emocji. Można powiedzieć że nie lubimy wygrywać normalnie, tylko zawsze szukamy swojego szczęścia w końcówkach.

Zastanawia nas jeszcze, czy na początku tej Twojej przygody z futsalem myślałeś o tym, że dojdziesz do takiego miejsca?

Lubię mówić szczerze, więc i tutaj nie będę koloryzował. Jakby mi ktoś trzy lata temu powiedział, że strzelę w 2019 roku bramkę w ekstraklasie to popukałbym się tylko po głowie i stwierdził, że nieźle gość odleciał. Całe życie było tak, że byłem tym zawodnikiem wchodzącym z ławki, albo typowym „jokerem”. Nigdy nie było tak, że trener zaczynał skład ode mnie. Zawsze byłem cierpliwy, starałem się nie zniechęcać, tylko czekać na swoją szansę. I te szanse przychodziły, najpierw w II lidze, potem w I, a teraz w ekstraklasie. Co roku się zastanawiałem, czy kontynuować dalej tę przygodę. Nie ukrywam że często były momenty zwątpienia. Przełomowa była ta I liga, bo wpadło sporo bramek i asyst, miejsce znalazło się dla mnie też trochę z powodu kontuzji kolegów. Wtedy Kacper nie był zdolny do gry, Michał Bartnicki również wypadł na dłuższy okres. Więc pewnie gdyby nie ten ich pech to mnie byłoby ciężko o rozegranie aż tylu minut na parkiecie. To zresztą była podobna sytuacja jak jeszcze w Polonii Leszno, gdzie nie raz jeździłem na długie wyjazdy, a minut na boisku nie dostawałem. Niejeden pewnie by powiedział: po co Ci to, ale ja całe życie w głowie miałem piłkę i do dziś tak zostało. Więc summa summarum pewnie ta cierpliwość doprowadziła mnie do tego miejsca w którym jestem.

Poza grą w ekstraklasie, zdarza Ci się oglądać również jakieś spotkania naszego rodzimego futsalu?

Teraz jak najbardziej jeżeli tylko jest możliwość to oglądam mecze ekstraklasy. Często jak jedziemy na mecz busem to korzystamy z transmisji internetowych i oglądamy. Teraz też dużo analizujemy rywali właśnie na podstawie tych nagrań. Chociażby ten Rekord o którym już mówiłem. Dużo oglądałem ich w telewizji czy internecie, ale rzeczywisty obraz tej ich gry dało się odczuć dopiero na żywo. Nie da się porównać do tego co można obejrzeć na ekranie. A co do oglądania piłki to nie skupiam się tylko na futsalu, mecz piłki trawiastej też lubię obejrzeć.

Nie uciekamy też od trudnego pytania, ale umówmy się, że to będzie pierwsze i ostatnie. Co czuje zawodnik przegrywając 0:10?

Nawet nie można tego nazwać rozczarowaniem. Nigdy w życiu nie przegrałem tak wysoko, zresztą dla większości to było pierwsze takie doświadczenie. Jak wybrzmiała końcowa syrena to była zwykła bezsilność z naszej strony, bo nie mogliśmy nic w tym meczu zrobić. Rekord był na takim poziomie, że nie było o czym rozmawiać. Pierwsze minuty nie wyglądały źle, mogliśmy nawet prowadzić, ale potem przyszły szybkie dwa ciosy, które źle na nas podziałały. Powrót był w ciszy, każdy indywidualnie musiał to przetrawić, przeanalizować. Wiadomo, że nie możemy się w takich sytuacjach poddawać i to nie jest powód, żeby rozpaczać, tylko trzeba się zmobilizować na następną taką potyczkę. Jeśli dostaje się tyle bramek to jest taki materiał do analizy, z którego można wyciągnąć dużo wniosków dla siebie. Wychodząc na rozgrzewkę i widząc ich sześciu trenerów, każdy od czegoś innego, mogliśmy być lekko zdezorientowani. Ale to jest klub na zupełnie innym etapie swojej historii, miejmy nadzieję, że kiedyś też będziemy w tym miejscu.

Który mecz stawiasz najwyżej w swoim prywatnym rankingu z tych spotkań, które rozegraliście w ekstraklasie?

Debiut z Clearexem  był naszym pokazem możliwości. Daliśmy znać, że pomimo tego, że jesteśmy beniaminkiem nie położymy się i będziemy walczyć z każdym rywalem. Okoliczności tego meczu, pełna hala, znajomi i rodzina na trybunach też zrobiły swoje. Nie chciałbym, żeby to tak zabrzmiało, że do innych meczów podchodzimy inaczej, ale takie chwile dodają dodatkowy procent do tego, co zawodnik jest w stanie zaprezentować na parkiecie. Taktycznie też świetnie zagraliśmy z Acaną. Było widać, że gramy na fantastycznej intensywności i nie odbiegamy od rywali, którzy trenują częściej niż my.

Wywiad przeprowadzili: Piotr Wieczorek i Mateusz Gzyl