Czwartki z Futsal Leszno: Tomasz Trznadel

Wycieczka po Głogowie zaprowadziła nas tym razem do mieszkania Tomasza Trznadla, trenera GI Malepszy Futsal Leszno. Z wywiadu możecie się Państwo dowiedzieć jak przebiegała piłkarska kariera szkoleniowca leszczynian, na jakie obciążenia był wtedy narażony i co myśli o aktualnym stanie polskiego futsalu.

Zacznijmy od kariery zawodnika. Nie jest nam łatwo szukać tych informacji, ale wiemy, że trener związany był bardzo długo z Chrobrym Głogów. Jak Pan wspomina ten okres?

Faktycznie, wtedy były takie czasy, że nie zbierało się takich informacji. Dzisiaj jest wszystko o wiele bardziej dostępne. Nawet jakbym chciał wrócić do swoich meczów to nigdzie nie da się tego znaleźć, część materiałów leży gdzieś głęboko w archiwach, a większość pewnie zaginęła. A co do gry w Chrobrym to wtedy była to drużyna z trzeciego poziomu rozgrywkowego. Spędziłem tam jako zawodnik 10 lat i zaraz po zakończeniu przygody piłkarskiej, po trzech miesiącach, zostałem zatrudniony jako trener. Był to okres przed Januszem Kubotem i Ireneuszem Mamrotem i wtedy funkcjonowałem w Chrobrym jako pierwszy trener.

To nawiązując jeszcze do kariery piłkarza, jaka była Pana pozycja na boisku?

Całe życie to był środek pomocy, z zadaniami i defensywnymi i ofensywnymi. Byli też trenerzy, którzy wystawiali mnie na boku, bo trudno mnie było zabiegać. Nie byłem szybkościowcem, ale raczej się nie zatrzymywałem w trakcie spotkania.

Przed Chrobrym był Pan również związany z piłką? Które to dokładnie były lata i jak chronologicznie przebiegała ta przygoda?

W okresie 1994 – 1998 studiowałem dziennie na AWF w Poznaniu i łączyłem to z grą w czwartej lidze w podpoznańskiej drużynie. W zasadzie mogę powiedzieć, że dopiero po skończonym AWFie zacząłem na poważnie grać w piłkę w wieku 24 lat. I właśnie wtedy rozpoczęła się moja dziesięcioletnia przygoda z Chrobrym. Różne to były okresy. Trzy lata byłem kapitanem, potem był okres, że działałem jako grający asystent u niektórych trenerów. A przez 10 lat kilku tych trenerów się przewinęło.

To w takim razie skoro miał Pan do czynienia z tyloma szkoleniowcami to czy można powiedzieć, że z warsztatu któregoś najbardziej dziś Pan korzysta?

Trzeba przede wszystkim rozgraniczyć dwie różne sprawy, piłkę trawiastą i futsalową. Nie da się przełożyć tego też z tego powodu, że dziś świadomość, wiedza trenerów i sposób prowadzenia drużyn jest na o wiele wyższym poziomie niż wtedy. Jak sobie teraz przypominam w jaki sposób byłem trenowany, do czego mnie zmuszano, ile kilometrów przebiegałem w parkach to muszę przyznać, że zrobiliśmy ogromny krok do przodu. To było masakryczne przeciążenie organizmu i jak dziś do tego wracam to aż czasami mam traumę, że tak to wtedy wyglądało. Ile razy zdarzało się w ten sposób, że kazano nam biegać po 20 km w górach w śniegu po kostki. To była typowa „stara szkoła”, skupiona na kształtowaniu tylko i wyłącznie wydolności i wytrzymałości. Jedyny plus był taki, że kształtowało to charakter.

A jak w tamtym okresie wyglądało podejście samych zawodników? Dużo mówi się o alkoholu w tamtych czasach. Trener również miał do czynienia z takimi sytuacjami?

Powiem szczerze, że teraz świadomość zawodników jest dużo większa. Słyszę od kolegów z Chrobrego, że dziś to wygląda tak, że każdy ma dietetyka, monitoruje swoje postępy również indywidualnie. Nie mówię nawet o badaniach wydolnościowych, bo to standard. W tamtych czasach wszystko było robione „na oko”. A jeśli chodzi o takie sprawy jak imprezy, alkohol to nie da się ukryć, że w tamtych szatniach piłkarskich to było na porządku dziennym.

Skąd wziął się nagle futsal w Pana życiu?

Od dzieciaka lubiłem grać na małych boiskach. Mogę powiedzieć, że na takim się wychowałem. Teraz dzieci znają małe boiska przede wszystkim z Fify, a dla nas oznaczało to godziny spędzone poza domem. Życie nauczyło nas techniki właśnie w takich grach trzech na trzech, czterech na czterech, czy pięciu na pięciu. Zawsze to lubiłem. Grałem w futsal w ekstraklasie w 1999 roku, łącząc grę na hali z boiskiem pełnowymiarowym.

To nas Pan zaskoczył. Dało się w ogóle połączyć te dwa zajęcia?

Fakt, na tę chwilę to nie do przyjęcia, ale wtedy wiele nietypowych sytuacji miało miejsce. Trenerem w Chrobrym na trawie był wtedy trener Wiesław Wojno i, żeby było śmieszniej to futsalową drużynę… również trenował trener Wojno. Co więcej, część zawodników z boiska grało dla Głogowa również na hali. Dochodziło do takich paradoksów, że w sobotę jechaliśmy rozegrać mecz do Świnoujścia, żeby wrócić w nocy i z samego rana pojechać do Katowic na mecz futsalu. Takie szczegóły pamięta się do dziś. Były na przykład tak absurdalne sytuacje, że z Amicą Wronki graliśmy u siebie w Głogowie, przegrywając w 60. minucie 0:2 i mając w perspektywie o godzinie 19 mecz futsalu. Trener postanowił zmienić wtedy trzech zawodników tylko po to, żeby oszczędzić ich na mecz halowy. Nie muszę dodawać jak w takiej sytuacji reagowały trybuny.

A od strony wytrzymałościowej dało się w ogóle tak funkcjonować?

Długo się nie mogłem odkręcić po takich praktykach. Powikłania były i to duże. Pięć treningów w tygodniu na trawie i trzy na hali. Kończyliśmy trening na dużym boisku, mieliśmy dwie godziny odpoczynku i szliśmy na halę. Mecz w sobotę, mecz w niedzielę. Można powiedzieć, że całe szczęście, że nie trwało to zbyt długo i ta drużyna (Impel Głogów) po dwóch sezonach przestała istnieć. Dzisiaj patrzę na to z perspektywy czasu, ale jak przypomnę sobie jakie to generowało zmęczenie to trudno uwierzyć, że dopuszczano do takich sytuacji.

Po tym okresie miał Pan chyba przerwę od futsalu, tak?

Dokładnie, dość długo poświęcałem się tylko grze na trawie. W międzyczasie grałem chwilę w Głogowie w drużynie pierwszoligowej na hali, ale to był tylko rok czasu. Potem bardziej profesjonalnie zacząłem przygodę z TPH Polkowice, w którym grałem cztery sezony. Rok w pierwszej lidze i trzy sezony w ekstraklasie jako zawodnik, można powiedzieć, że u schyłku kariery, bo nie da się ukryć, że swoje lata już wtedy miałem. W tym okresie spotkaliśmy się w jednej drużynie z Michałem Długoszem, który również dwa lata miał okazję grać w polkowickiej ekipie. Dość szybko jednak zaczęło się tam źle dziać, było to bardzo specyficzne miejsce. Nie chcę wchodzić w szczegóły, tym bardziej, że cała ta historia doprowadziła do założenia głogowskiego Euromastera, który zaczął bardzo fajnie funkcjonować w futsalowym świecie.

Szybko pięliście się w górę z Euromasterem.

Co rok robiliśmy awans. Druga liga, w pierwszym sezonie awans. Pierwsza liga, to samo. Udało się przez cztery lata grać na najwyższym poziomie w ekstraklasie. Sam projekt był oparty głównie na jednym sponsorze, który w pewnym momencie zaczął mieć problemy. A nie da się ukryć, że w futsalu nie da się być samowystarczalnym, bo utrzymać budżet ekstraklasowy to jest zdecydowanie bardzo duża rzecz, więc przy takim wahnięciu odbiło się to również na nas.

Nie da się ukryć, że spora część dzisiejszej kadry z Leszna wywodzi się z Euromastera.

Przewinęli się, tak. Jedni krócej, drudzy dłużej, ale było kilku tych chłopaków. Najdłużej grał Michał Długosz i Piotrek Pietruszko, którzy byli z nami w Głogowie od samego początku. Michał Bartnicki i Jarek Radliński byli rok, a Adrian Niedźwiedzki i Kacper Konopacki byli dwa lata. Nie da się też ukryć, że ciężko jest u nas o zawodników stricte futsalowych, a ściągnięcie zawodnika z Polski to już są niemałe koszty. Stąd też taka polityka, że większość zawodników jest dojeżdżających. Każdy ma też swoją pracę i to również musimy wziąć pod uwagę. Na takim prowadzeniu klubu możemy bazować przy obecnym poziomie budżetu. Wiadomo, że każdy chciałby jakieś gwiazdy, ale to wszystko wiąże się z pieniędzmi.

Skąd w ogóle pojawił się w Pana przypadku temat Leszna? Kiedy był pierwszy kontakt z klubu?

Kontakt był pół roku przed podpisaniem kontraktu i polegał głównie na tym, że prezes Mrozkowiak badał jaki ja miałbym pomysł na prowadzenie drużyny. To nie były rozmowy wiążące, bardziej doprecyzowanie jak taka hipotetyczna współpraca miałaby wyglądać. Przed podpisaniem kontraktu w Lesznie miałem też inne propozycje,  było trochę wahania, ale ten projekt na tyle mi się spodobał, że związałem się z klubem.

To gdyby miał Pan porównać projekty z Leszna i Głogowa, jakie byłyby zbieżne cechy obu, a gdzie można się dopatrywać różnic?

Żeby mówić o poziomie sportowym to na wstępie muszę zaznaczyć, że po trzech latach od przygody z ekstraklasą w barwach Głogowa poziom bardzo się podniósł. Trudno więc też jeden do jednego porównać poziom sportowy dzisiejszego klubu Futsal Leszno do tamtego Euromastera na tle takich, a nie innych drużyn w lidze. Ekipy zaczęły się robić coraz bardziej zawodowe, widać, że coraz lepsi zawodnicy się pojawiają. Gdybym miał się jednak pokusić o takie porównanie to musiałbym stwierdzić, że obie drużyny są na podobnym poziomie sportowym. Jeżeli chodzi o budżety to myślę, że również te kwoty są porównywalne, ale organizacyjnie Leszno bije Euromastera na głowę pod każdym względem. Nie mówię już nawet o publiczności, bo w Głogowie również zdarzało się 500-600 osób na meczach, chociaż z czasem było kibiców coraz mniej. Natomiast sama otoczka, PR, marketing, zainteresowanie ludzi i osoby, które opakowują całe przedsięwzięcie to nie ma żadnego porównania. Zresztą jeśli chodzi o tę otoczkę to nie ma na dziś chyba w Polsce drugiego klubu, który tak by opakowywał spotkania jak dzieje się to w Lesznie.

Dlaczego w takim razie nie potrafią w taki sposób prowadzić klubów w innych ośrodkach?

Moim zdaniem to jest najzwyczajniej w świecie wina działaczy klubowych. Są drużyny, które mają solidną historię, ale kompletnie nie potrafią tego wykorzystać. A wiąże się to też z tym, że najczęściej są to działacze, którzy do dziś w środowisku futsalowym mają bardzo dużo do powiedzenia. Środowisko jest bardzo hermetyczne i Ci ludzie, którzy wchodzą do struktur z przytupem i nowymi pomysłami często mają ciężko, żeby cokolwiek zdziałać.

Jaki w tym wszystkim jest udział PZPN?

To kolejny trudny temat, bo nie da się ukryć, że futsal jest bardziej problemem dla związku niż dyscypliną w którą inwestuje się czas i pieniądze dla rozwoju. Pierwszy przykład z brzegu, mieliśmy niedawno mecze kadry i nie było transmisji telewizyjnej. Za to odpowiada tylko i wyłącznie PZPN.

Inaczej chyba ma się sprawa z przedstawicielami Wielkopolskiego ZPN?

Tak, to trzeba oddać WZPN, że funkcjonują świetnie. Prezes Wojtala żyje piłką 24 godziny na dobę i to widać. To co mówiłem wcześniej o wątpliwej jakości działaczach PZPN odnosiło się do wysoko postawionych działaczy odpowiedzialnych typowo za futsal w skali kraju. To jest trochę tak jak w partii, dzieli się ministerstwa i najgorsze „kęski” przypadają w udziale zwykle na szarym końcu. Możemy przecież wrócić chociażby do sławnego już losowania Pucharu Polski z zeszłego sezonu (link tutaj – przyp. red.), w którym doszło do kompletnej kompromitacji związku. Ekstraklasa też mogłaby stać organizacyjnie na wyższym poziomie. Chociażby kwestia sponsora tytularnego, którego nie ma, a z kuluarów wiem, że to nie jest tak, że w ogóle nie ma chętnych. To naprawdę dużo by dało, gdyby zarządzanie spółką z roku na rok szło do przodu.

Wracając jeszcze do spraw sportowych, czy trener uważa, że cudzoziemcy podnoszą poziom w ekstraklasie?

Zdecydowanie. To jest trochę tak, że dopiero raczkuje u nas szkolenie i niewiele jest klubów, które same wychowują sobie zawodników. Oczywiście są takie ośrodki, jak Pniewy, czy Rekord, które są oparte na własnych wychowankach, ale nadal jest takich sytuacji bardzo mało. Jeżeli kiedyś w Polsce będzie duża część zawodników wyszkolonych do futsalu typowo przez kluby to również wpłynie na podniesienie poziomu sportowego.

Wy największy deficyt macie też wśród zawodników, którzy pochodzą z regionu leszczyńskiego?

Na ten moment na pewno. Jeśli pojawia się ktoś taki jak Rajmund Siecla to się go wyławia przy pierwszej nadarzającej się okazji. Jest z nami od początku sierpnia i z każdym treningiem widać postęp, więc jak tak dalej to będzie wyglądało to będę mógł go wpuszczać na coraz więcej minut na parkiet. Przewinęło się kilku innych, ale Rajmund ich wszystkich zdecydowanie przewyższał. Cały czas zabiegam o to, żeby tacy chłopcy się pojawiali, bo to jest warunek konieczny do tego, żeby klub istniał. W przypadku Rajmunda aż szkoda, że trafił do nas tak późno w wieku 19 lat, bo twierdzę, że mógłby być jednym z najlepszych w Polsce, gdyby przyszedł dwa lata wcześniej. Ma do tego bardzo duże predyspozycje i jeżeli będzie cierpliwy, tak pracowity i rzetelny jak jest teraz to na pewno sobie poradzi. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że jak będzie robił taki progres jak do tej pory to będzie dostawał więcej szans niż niejeden zawodnik, który był podstawowym do tej pory. Ale nadal to jest tylko jeden taki zawodnik. Jak ma się ich pięciu, to jest szansa, że dwóch – trzech zostanie przy dyscyplinie i odda się jej w stu procentach.

Wywiad przeprowadzili: Mateusz Gzyl i Piotr Wieczorek